piątek, 30 sierpnia 2013

~Osiemnasty~

Zayn

Przez pewien czas nie rozumiałem tego, co się stało. Słowa Lizzie ciągle brzmiały mi w głowie, ale ciało odmówiło jakichkolwiek ruchów. Walnąłem pięścią w ścianę i osunąłem się po niej na podłogę. Przecież to nie mogła być prawda! Ona nie mogła umrzeć! Jeszcze nie. Myślałem, że mamy przed sobą jeszcze sporo czasu. Układałem plany na przyszłość. Na naszą pierwszą rocznicę związku zamierzałem zabrać ją do Paryża. Ona nie mogła umrzeć. Nie poradziłbym sobie bez niej. Nie przeżyłbym nawet jednego dnia ze świadomością, że nigdy więcej jej nie zobaczę. Po chwili ktoś znów zapukał do moich drzwi. Miałem w sobie wielką nadzieję, że to ona, ale się pomyliłem. W pokoju pojawił się Nialler. Usiadł obok mnie i zmierzył mnie wzrokiem.
-Wszystko w porządku? - spytał, jak gdyby nigdy nic.
-A wyglądam, jakby tak było? - warknąłem.
-Zdecydowanie nie. Ej, zaraz! Ty płaczesz?
Przystawiłem dłoń do twarzy i otarłem policzek. Był mokry. Nawet sam nie wiem, kiedy zacząłem płakać. Ale czy to było coś złego? Miałem do tego prawo.
-Daj mi spokój, Niall. Nie chcę z nikim gadać.
-Jeżeli myślisz, że tak po prostu sobie pójdę, bez dowiedzenia się, o co chodzi, to grubo się mylisz, bracie. Co się do cholery stało? 
-Nie chcę o tym rozmawiać.
-Jakoś mnie to nie obchodzi. Albo pogadasz ze mną, albo pójdę po Liama. A jemu wyśpiewasz wszystko od a do z.
-Nie odpuścisz, prawda?
-Zgadłeś - powiedział z triumfem na ustach - no więc?
-Była u mnie Lizzie.
-Tyle to sam wiem. 
-Powiedziała, że zostało jej pół roku życia.
W tym momencie Niall otworzył szerzej oczy ze zdziwienia. Nie odezwał się nawet słowem. Podciągnąłem nosem i znów spuściłem wzrok. Poczułem, jak przyjaciel mocno mnie do siebie tuli i wcale nie protestowałem. Przytuliłem się do niego i dopiero wtedy tak naprawdę wybuchnąłem płaczem. Wszystkie uczucia, które się we mnie skumulowały, w końcu dały upust. Nie wiem kiedy do pokoju wparowała reszta moich przyjaciół, łącznie z Lily. Wszyscy usiedli wokół. Nikt nie zadawał żadnych pytań. Zapewne już wiedzieli. Dlaczego to wszystko musiało być takie trudne? Dlaczego jedna z najważniejszych osób mojego życia musiała przechodzić takie piekło? Dlaczego akurat ONA? Musiałem się ogarnąć. Musiałem wstać i natychmiast do niej pojechać. Chciałem być przy niej w każdej minucie. Odtrąciłem Nialla i otarłem łzy.
-Jadę do niej - powiedziałem stanowczo i wstałem - nie pozwolę, żeby była teraz sama.
-Zayn.. jesteś pewny? - spytała Lily cicho.
-Co? - odpowiedziałem pytaniem i spojrzałem na nią z niedowierzaniem.
-Pytam, czy jesteś tego pewien. Zostało jej 6 miesięcy. Jej śmierć jest nieunikniona. Jesteś pewien, że wytrzymasz? Później będzie już tylko gorzej..
-Nigdy więcej mnie o to nie pytaj - powiedziałem twardo - kocham Lizzie i ani przez chwilę w to nie wątpiłem. Obiecałem, że zostanę z nią do końca i tak właśnie będzie, rozumiesz? W tej chwili nic nie jest ważniejsze od niej. Zostanę z nią aż do ostatniej pieprzonej sekundy! Nie pozwolę, żeby była sama.
-Zayn, jutro mieliśmy wyjechać do Denver.. - odezwał się Liam.
-Mam to gdzieś. Nigdzie nie jadę. Zadzwonię do Paula i powiem mu, że robię sobie wolne.
-Przecież wiesz, że to niemożliwe - powiedział Harry - mamy całą masę koncertów! Nie możemy zawieść fanów, rozumiesz?
-Zaśpiewaj moje solówki - powiedziałem i narzuciłem na siebie kurtkę - jadę do niej.
Wyszedłem ze swojego pokoju i zbiegłem na dół. Wsiadając do samochodu, cały się trzęsłem. Ciągle targały mną silne emocje, ale nie mogłem się im poddać. Musiałem pokazać Liz, że jestem silny i że bez względu na wszystko będę ją wspierał. Przekręciłem kluczyk w stacyjce i wyjechałem z piskiem opon. Nie patrzyłem na licznik. Chciałem jak najszybciej znaleźć się pod jej domem.
W końcu zaparkowałem swój samochód na jej podjeździe. Prawie w całym domu panowała ciemność. Tylko w jej pokoju paliło się światło. Podszedłem do drzwi i zacząłem dzwonić i pukać. Nie otwierała, ale nie zamierzałem się poddać. Nie przestawałem. Aż w końcu się udało.

Lizzie
 
Nie mogłam być obojętna na to, że dobijał się do drzwi. Doskonale wiedziałam, że to Zayn. Lily zadzwoniłaby raz, albo użyłaby zapasowego klucza, który leżał w doniczce na parapecie. To nie mógł być nikt inny. Trzymałam w ręce żyletkę, ale nie miałam odwagi, by przejechać nią po skórze. Nie chciałam umrzeć w taki sposób. Nawet sama nie wiem, co mnie podkusiło. Zeszłam na dół i po prostu otworzyłam drzwi. Stanęłam z nim twarzą w twarz, choć po raz pierwszy w życiu zaskoczył mnie jego widok. Był cały zapłakany i roztrzęsiony. Patrzył na mnie z wielką czułością. A potem po prostu mnie przytulił. Mocno schował mnie w swoich ramionach, a ja mu się oddałam. Nie potrafiłam o nic byś zła. Zdecydowanie zareagowałam zbyt ostro. Przecież go kochałam! Najmocniej na świecie. Przeszliśmy razem przez tak wiele rzeczy. Łączyło nas coś więcej niż szczeniackie uczucie. Potrzebowałam go.
-Jeżeli myślałaś, że tak po prostu cię zostawię, bo grubo się myliłaś, wiesz? Obiecałem ci, że cię nie zostawię i zamierzam dotrzymać obietnicy. Nawet jakbyś chciała się mnie pozbyć, to ci się to nie uda. Nawet nie próbuj. Może i jestem wariatem, ale cię kocham. I możesz na mnie liczyć, rozumiesz? Nie poddam się tak łatwo. Nie jestem w stanie.
-Zayn.. czy ty zdajesz sobie z tego sprawę? Mój stan się pogarsza. Za niedługo zaczną wypadać mi włosy. Będę chudnąć i wyglądać jak szmaciana lalka. Nie będę już taka, jak teraz. Choroba mnie zniszczy. Wiesz na co się decydujesz?
-Decyduję się na życie z tobą. Aż do ostatniej sekundy. I nigdzie się nie wybieram.
-A koncerty, wywiady, fani? 
-To nie jest teraz ważne. Liczysz się ty. Przestań w końcu zadawać pytania. Nie mam zamiaru cię zostawić. Będę ostatnią osobą.. - widziałam, że słowa ciężko przechodzą mu przez gardło - którą zobaczysz zanim.. zamkniesz oczy.. i.. zanim znikniesz... 
-Dziękuję. Jesteś niesamowity.
-Kocham cię, Elizabeth. 
Jeszcze mocniej się do niego przytuliłam.Wiedziałam, że mam przy sobie bardzo cenny skarb. Nie każdy byłby w stanie tak się poświęcić i to wszystko wytrzymywać. Moja choroba była wielkim problemem, a Zayn nawet teraz nie zamierzał zrezygnować. Był moim aniołem.
I zapewne uznacie, że to wszystko jest bardzo przesłodzone, ale taka właśnie jest prawda. Osoba, która ma świadomość tego, że za kilka miesięcy umrze i kompletnie nic nie może na to poradzić, zupełnie inaczej patrzy na życie i ludzi. Zupełnie inaczej postrzega cały świat. I potrzebuje właśnie takiej osoby, która będzie jej nadzieją aż do samego końca.
Weszliśmy do mojego pokoju i ten wieczór spędziliśmy razem. Nawet chwilowe szczęście było dla mnie bardzo ważne.

~*~

Minęło półtorej miesiąca. Z dnia na dzień byłam coraz słabsza. Mój czas ciągle się skracał. Miałam świadomość tego, że z każdą minutą byłam coraz bliżej śmierci, ale się nie poddawałam. Zayn był przy mnie cały czas. Paul (o dziwo) wszystko zrozumiał i dał chłopakom pół roku przerwy. Oczywiście wybuchały protesty fanek i tak dalej, ale jakoś sobie z tym radzili. Przez cały czas po prostu gościnnie występowali w programach telewizyjnych, żeby świat o nich nie zapomniał, ale to było wszystko. Zawsze gdy Zayn miał właśnie taki występ, mówiłam, że czuję się dobrze. Niekiedy kłamałam, ale nie chciałam, żeby przeze mnie zawalał swoją karierę. Bo w końcu ja umrę, a on zostanie. Był poniedziałek. Tego dnia skłamałam ponownie. Powiedziałam, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i żeby o nic się nie martwił. Pojechał z chłopakami na wywiad za miasto, a ja zostałam w domu z Lily. Od rana nawet nie wstałam z łóżka. Zaczęłam mieć dziwne zawroty głowy i nudności. Robiło się coraz gorzej. Byłam słaba. Nie chciało mi się nawet usiąść. Lily rozmawiała na Skype z Liamem i nie chciałam jej przeszkadzać, a musiałam zejść na dół i zażyć leki. Od ostatniej wizyty w szpitalu bardzo pilnie tego pilnowałam. Odkryłam się i powoli usiadłam na łóżku. Pokój zaczął wirować mi przed oczami, ale starałam się nie zwracać na to uwagi. Ze wstaniem było gorzej, ale też jakoś dałam radę. Opierając się o ściany, jakimś cudem udało mi się zejść na dół. Sięgnęłam do górnej półki i wyciągnęłam pudełko z tabletkami na dzisiejszy dzień. Wzięłam wszystkie, które musiałam. Czułam się naprawdę dziwnie. Znów zaczęło kręcić mi się w głowie i gdybym nie przytrzymała się blatu, to upadłabym na podłogę. Co się ze mną do cholery działo? Nigdy wcześniej tak nie było. Musiałam jakoś wrócić na górę. Musiałam położyć się do łóżka. Coś czułam, że tego dnia już nie wstanę. Stawiałam krok za krokiem i byłam już prawie przy schodach, gdy zobaczyłam Lily schodzącą na dół. Popatrzyła na mnie jak na wariatkę.
-Lizzie, co ty tu do diabła robisz? Powinnaś leżeć w łóżku! Czemu mnie nie zawołałaś?
-Nie chciałam ci przerywać rozmowy. Poza tym dałam sobie radę, jak widzisz.
-Świetnie, ale nie wyglądasz dobrze. 
-Mam jakiś słabszy dzień - znów zaczęło kręcić mi się w głowie i się zachwiałam - nie wiem, co się dzieje, ale wszystko mi wiruje przed oczami.
Nawet sama nie wiem, kiedy upadłam na podłogę. Poczułam tylko uderzenie w głowię i pisk kuzynki. Przestałam kontaktować. 

Lily

Myślałam, że zaraz zwariuję. Lizzie upadła na podłogę i straciła przytomność. Od samego rana czuła się bardzo źle. Już wtedy powinnam zadzwonić po pogotowie, ale się powstrzymałam, bo mi zakazała. Teraz nie miałam już wyjścia. Chwyciłam za telefon i wykręciłam numer alarmowy. Karetka była w drodze. Na szczęście nie przestała oddychać. Starałam się jakoś ją obudzić, ale bez skutku. Dobrze, że przynajmniej zdążyła wziąć te leki. Byłam cała roztrzęsiona. Nie wiedziałam, jak się zachować. Nie mogłam zadzwonić do Zayna, bo właśnie byli w trakcie wywiadu, a rodzice Liz mieli bardzo ważną konferencję. Co do cholery miałam robić?
W końcu zjawiło się pogotowie i zajęli się nią lekarze.
-Ona jest chora.. ma białaczkę - zaczęłam się jąkać - w bardzo poważnym stadium.. ja nie wiem, co się dzieje.. przed chwilą wzięła leki.. a od rana czuła się bardzo źle.
-W porządku - powiedział lekarz - zabieramy ją do szpitala panowie. Patrick, przywieź nosze!
-A.. czy ja mogę jechać z wami? Proszę! Jestem tu sama i nie mam jak dostać się do szpitala, a muszę być przy niej. Ona nie może być sama..
-W porządku, ten jeden raz zrobię wyjątek. Ale tylko tym razem, jasne?
-Bardzo dziękuję!
Narzuciłam na siebie kurtkę i razem z sanitariuszami wsiadłam do karetki. Liz wciąż się nie obudziła. Przez cała drogę coś jej podawali i próbowali obudzić, ale to było na nic. Nie mogłam jej stracić. Jeszcze nie teraz. Wiedziałam, że lekarze zrobią wszystko, by ja uratować. Ale ja byłam jednym wielkim kłębkiem nerwów.
W końcu dotarliśmy do szpitala. Lizzie zajęli się lekarze, a mi kazali czekać na korytarzu. Bałam się o nią. Mówiła mi, co powiedział jej lekarz. Wiedziałam, że jej stan się pogorszy i że wróci do szpitala. Ale dlaczego akurat dzisiaj, gdy byłyśmy same w domu? Nie mogłam dłużej czekać. Wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam do Zayna. Modliłam się, żeby byli już po wywiadzie. Odebrał po kilku sygnałach.
-Co tam Lily? - usłyszałam jego głos.
-Zayn.. - zaczęłam zdenerwowana - proszę, powiedz, że skończyliście już wywiad..
-Kilka minut temu. Lil, co się stało? Dlaczego głos ci drży?
-Bo.. jestem w szpitalu. Lizzie straciła przytomność..
-Co?! - przerwał mi przerażony - Kiedy to się stało?
-Nie wiem.. jakąś godzinę temu..
-I dzwonisz dopiero teraz?!
-Nie chciałam wam przerywać wywiadu! Lekarze już się nią zajęli, nie panikuj.
-Będę tam najszybciej, jak tylko się da.
Zayn zakończył połączenie, a ja zrezygnowana usiadłam na krześle. Wykonałam też telefon do cioci, ale niestety włączyła się poczta. Nagrałam się i schowałam telefon. Miałam tylko nadzieję, że z Liz nie stało się nic poważnego..

__________________________________
tralalala, no to jest 18 :) 
Prosiłyście na asku o 20 rozdziałów, więc okey. Niech będzie 20!
Ale.. pod jednym warunkiem. Pod tym rozdziałem musi być minimum 25 komentarzy. 
Ich liczba się ciągle zmniejsza, co zaczyna mnie niepokoić :C
CZYTASZ = KOMENTUJESZ!

Do napisania za niedługoo! ♥ 


piątek, 23 sierpnia 2013

~Siedemnasty~

Film w kinie nie był rewelacyjny, ale dało się przeżyć. Za to dzień na plaży udał się wręcz rewelacyjnie. Czułam się dobrze. Tylko czasami dostawałam lekkich zawrotów głowy, ale tak to wszystko było okey. Leżałam plackiem na kocu i rozkoszowałam się słońcem, kąpałam się w chłodnym morzu i korzystałam z życia. Chłopcy robili wszystko, by było idealnie i udał im się to. Śmiałam się, bawiłam i cieszyłam się tym wszystkim. Zapomniałam o problemach i o tym, co powiedział mi lekarz. Nie wspomniałam o tym wcześniej nikomu, nawet Zaynowi. Wiedziałam tylko ja i moi rodzice. Dzień przed moim wyjściem ze szpitala, zawołał mnie do swojego gabinetu...

Usiadłam w skórzanym fotelu i spojrzałam na ordynatora niepewnie. Nie miałam pojęcia, po co mnie wezwał a wyraz jego miny nie wskazywał na nic pozytywnego. Przestał przeglądać papiery, kładąc je na jednej kupce i w końcu na mnie spojrzał. Z jego oczu nie mogłam nic wyczytać.
-O co chodzi? -spytałam z niepokojem.
-Elizabeth, nie będę cię okłamywał - powiedział poważnie - niedawno temu powiedziałem ci, że zostały ci mniej więcej 3 lata życia. Gdybyś brała leki i nie faszerowała się tym całym świństwem, to właśnie tak by było. Ale teraz..
-Teraz co? - byłam już całkowicie zdenerwowana.
-Przykro mi kochana, ale.. pożyjesz jeszcze maksymalnie pół roku. Choroba się rozprzestrzeniła. Ogarnęła inne organy. Nie jesteśmy w stanie już nic zrobić. Robiliśmy co w naszej mocy. Przeszczep się przyjął, ale komórki raka za niedługo go zniszczą. Jutro wychodzisz do domu. Choć już teraz mogę ci powiedzieć, że wrócisz do nas szybko. Naprawdę bardzo mi przykro..
W tym momencie zaczęłam płakać. To wyszło samo z siebie. Nie mogłam umrzeć! Jeszcze nie teraz! Nie, gdy wszystko zaczęło się układać! Wybiegłam z gabinetu lekarza bez słowa i do końca dnia do nikogo nie odezwałam się ani słowem. W końcu dotarło do mnie, co zrobiłam. Jaka byłam głupia i bezmyślna. Wiedziałam, że muszę powiedzieć Zaynowi. Tylko nie wiedziałam jeszcze jak.

Potrząsnęłam głową, żeby odgonić tą rozmowę z myśli. Był dzień pogrzebu Maxa. Nie mogłam teraz o tym rozmyślać. Choć Zayn miał prawo wiedzieć. I zdawałam sobie sprawę z tego, że powinnam powiedzieć mu jak najszybciej. Był moim chłopakiem i prawdziwym oparciem. Zdecydowałam, że powiem mu już tego dnia. Choć wiedziałam, że będzie to bardzo trudne.
Stanęłam przed lustrem w garderobie i ogarnęłam się wzrokiem. Byłam ubrana w czarną, koronkową sukienkę, a długość moich nóg podkreślały wysokie szpilki. Włosy zostawiłam rozpuszczone, a makijaż zatuszował moją bladą i zapadniętą twarz. Tego dnia czułam się wyjątkowo słabo. Nie miałam na nic ochoty. Choć i tak musiałam zjeść śniadanie i połknąć lekarstwa. W głowie ciągle miałam list od Maxa, wrogość moich dawnych przyjaciół i słowa lekarza. Tego wszystkiego było dla mnie po prostu zbyt wiele. W końcu usłyszałam dźwięk klaksonu. Zayn uparł się, że pójdzie ze mną i nie byłam w stanie go przekonać, że sama dam sobie radę. Zeszłam na dół i wsiadłam do jego samochodu. Powitał mnie słodkim buziakiem w policzek i od razu pojechaliśmy na miejsce ceremonii. Tak jak się domyślałam, było już sporo jego "kumpli". Wysiadłam ze sportowego samochodu mojego chłopaka i wzięłam go za rękę. Wszyscy się na mnie gapili. Dosłownie wszyscy. I w każdej parze oczu mogłam wyczytać "po co tu przyszłaś? to twoja wina!". Czułam się nieswojo i niekomfortowo. Gdyby oni wszyscy znali prawdę.. wtedy nie byłoby tu nikogo oprócz Jessie, Maxa i jego rodziny. Wszystkich ich dostrzegłam w tłumie. Jess była zapłakana. Tuliła się do Erica i coś mówiła. Wiedziałam, że musi to przeżywać, bo znała go o wiele dłużej niż ja. Ja nie chciałam płakać. Chciałam po prostu stamtąd uciec, ale wiedziałam, że mimo wszystko nie mogę. Zajęłam miejsce z samego tyłu i jakoś wytrzymałam. Gdy słuchałam tych wszystkich fałszywych słów, jakim to był wspaniałym przyjacielem, bratem i synem, to myślałam, że zaraz się zrzygam. Tak na poważnie. Aż brało mnie na mdłości. Uroczystość na cmentarzu była już tylko gorsza, bo wiele osób zaczęło płakać. W pewnym momencie Zayn dostał telefon od menadżera. Przeprosił i odszedł na stronę, żeby odebrać. Stałam z tyłu i nie zamierzałam się nikomu pokazywać. Nawet nie zauważyłam kiedy wszystko się skończyło i ludzie zaczęli się rozchodzić.
-Jesteś z siebie zadowolona? - usłyszałam za sobą wściekły i zapłakany głos Jessie.
Odwróciłam się i spojrzałam na nią bez wyrazu.
-Jego śmierć to nie moja wina - powiedziałam twardo - to był jego wybór. I to nie ja wbiłam mu strzykawkę w żyłę do cholery!
-Jesteś podła! - krzyknęła - To jest twoja wina! Zostawiłaś go jak ostatniego śmiecia i poleciałaś do tego swojego kolesia! I kim on niby jest, co? Gwiazdeczką, która zaraz cię zostawi i poleci bzykać inną szmatę? No wspaniale! Max cię kochał. Kochał kurwa! Byłaś dla niego ważna i chciał, byś była tylko jego. Nie mógł bez ciebie wytrzymać. A ten cały gwałt.. był tylko dlatego, że tak cholernie brakowało mu twojej bliskości!  Nie zasługiwałaś na niego nawet w najmniejszym stopniu.
-Zamknij się na chwilę i zastanów się, co ty w ogóle mówisz! Max mnie nie kochał. Traktował mnie jak jakiś przedmiot. Musiałam być na każde jego zawołanie. I musiałam się z nim pieprzyć zawsze, gdy jego fiut się tego domagał! To było obrzydliwe, wiesz? Do pewnego momentu w ogóle mi to nie przeszkadzało. Aż odkryłam, czym jest godność i szacunek do samej siebie. On był psycholem. Napisał ten list tylko dlatego, żeby zwalić na kogoś winę. I padło na mnie. Naprawdę tego nie widzisz?!
-Kłamiesz! Zabił się, bo cię kochał! I nie mam pojęcia, dlaczego akurat ciebie! I tak jesteś nic nie warta. Umrzesz za niedługo i nic po tobie nie zostanie! Zasługujesz na to.
-Nie masz prawa tak mówić - powiedział Zayn, który w tym momencie znalazł się obok. Jego głos był przepełniony jadem - jeżeli ktoś tu jest nic nie warty, to właśnie ty.
-A co ty możesz o mnie wiedzieć gnojku? - syknęła.
-Byłaś jej przyjaciółką, której ona ufała. A teraz traktujesz ją jak śmiecia. Ona też jest człowiekiem. I w przeciwieństwie do ciebie i twojego koleżki, odnalazła sens w życiu i wie, co ma robić i jak przeżyć. Ty tego nie wiesz. A wiesz dlaczego? Bo twój świat to imprezy, narkotyki i chlanie. Nie zdziwię się, jak skończysz tak, jak ten skurwiel.
-Nie mów tak o nim! - wrzasnęła.
-Bo co mi zrobisz? Uderzysz mnie? - zaśmiał się szyderczo - To już teraz cię uprzedzam, że spokojnie dam sobie z tobą radę. A jak nie to.. kilkunastu moich ochroniarzy, którzy są w pobliżu, na pewno się tobą zajmą. Więc ostrzegam cię laluniu. Zostaw Lizzie w spokoju. Po prostu wypierdalaj i zajmij się sobą. I tak tego skurwysyna nie przywrócisz do życia, więc po co ci to?
-Nie będziesz mi rozkazywał, rozumiesz? - była już mega wściekła - Wy obydwoje możecie mi co najwyżej buty czyścić. A ty księżniczko już nie masz życia w tym mieście. Obiecuję ci to.
-Mam to gdzieś - powiedziałam i przytuliłam się do Zayna - opinia innych ludzi jakoś w ogóle mnie nie obchodzi. Po prostu daj mi spokój. Nie chcę mieć z wami nic wspólnego.
-Z wzajemnością, szmato - syknęła i po prostu odeszła.
Ta rozmowa wiele mnie kosztowała. Nienawidziłam czegoś takiego. Dobrze, że było już po wszystkim. Zayn zaprowadził mnie do samochodu i odwiózł prosto do domu. A przynajmniej tak myślałam. Zaparkował dwie uliczki dalej, zgasił silnik i zamknął zamki. Odpiął pas i spojrzał na mnie przenikliwie. Ja również na niego spojrzałam. Czegoś się domyślał. Miałam dość tego dnia. Nie chciałam kolejnej poważnej rozmowy. Nie teraz. Nie w tym momencie.
-O czymś mi nie mówisz - powiedział nagle.
-Nie wiem, o co ci chodzi, Zayn - skłamałam i wymusiłam uśmiech.
-Liz, znam cię bardzo dobrze i wiem o tobie sporo. Wiem też, kiedy kłamiesz.
-Daj spokój. Przesadzasz.
-Nie przesadzam. Powiesz mi, o co chodzi?
-O nic, Zayn. O nic nie chodzi. Mam ciężki dzień, chyba możesz to zrozumieć, prawda?
-Wiem o tym. Ale wiem też, że chodzi o coś jeszcze.
-Daj spokój, proszę cię. Po co miałabym cię okłamywać? Mam dużo na głowie. Sam widzisz, co się dzieje. Jessie i Eric nie dadzą mi żyć. Jestem wykończona tym wszystkim. Nie doszukuj się innego dna, proszę.
-I tak wiem, że coś ukrywasz - nie dawał za wygraną, a ja zaczynałam wymiękać - ale.. w porządku. jeżeli nie chcesz o tym rozmawiać, to nie naciskam. Jak będziesz gotowa, to po prostu do mnie przyjdź, okey?
-Okey - odetchnęłam z ulgą - dziękuję.
-Wiedziałem, że coś ukrywasz - powiedział z triumfem i mnie pocałował.
Odwzajemniłam pocałunek z uśmiechem. Zayn był naprawdę wyjątkowy. Czasami zastanawiałam się, dlaczego na niego trafiłam. Czy tak miało być? Czy to po prostu zwykły przypadek?  Choć w sumie, to było nieważne. Liczyło się to, że miałam go przy sobie.
W końcu zapalił silnik i odwiózł mnie do domu. Pożegnałam go buziakiem i weszłam do środka. Przy drzwiach wejściowych zakręciło mi się w głowie. Musiałam oprzeć na nich głowę i wziąć kilka głębszych oddechów. W progu powitała mnie Lily. Po jej minie widziałam, że chce mi zdać relacje z najnowszej randki z Liamem, ale się powstrzymywała. Wiedziała, że nie jestem w nastroju. Rodzice znów gdzieś wyjechali. Tym razem w żaden sposób nie mogli tego odwołać. Od tego zależało wiele spraw związanych z ich biznesem. A ja nie miałam im tego za złe. Bardzo się zmienili. I dzwonili po kilka razy dziennie. Weszłam do swojego pokoju i od razu poszłam pod prysznic. Musiałam jakoś się zrelaksować. Włosy spięłam w luźnego koka, przebrałam się w piżamę i usiadłam w swoim łóżku. Bardzo wiele rzeczy nabrało innego znaczenia. Max nie żył. Eric i Jess chcieli zniszczyć mi życie. Zayn był przy mnie i miałam w nim oparcie. Rodzice stali się normalni i zatroskani. A ja? Zrozumiałam jak powinno być od samego początku. Zostało mi 6 miesięcy. Mój stan zdrowia ciągle się pogarszał. Nie bałam się śmierci, bo od zawsze wiedziałam, że umrę. Bałam się tego, że będę musiała zostawić JEGO. Bałam się, że po prostu zniknę i nigdy więcej go nie zobaczę. I bałam się tego, co on zrobi, gdy mnie już nie będzie. Nie chciałam, by się załamał i zamknął w sobie. Chciałam by żył i w pełni z tego życia korzystał. Chciałam, by bawił się za nas dwoje. I chciałam też tego, by znalazł sobie kogoś, z kim ułoży sobie życie. Musiałam z nim porozmawiać. I musiałam powiedzieć mu o diagnozie. Próbowałam ułożyć sobie w myślach monolog, który mogłabym wygłosić, ale na myśl nie przychodziło mi ani jedno słowo. Postanowiłam poczekać. Zerwać z nim kontakt na kilka dni. Przemyśleć wszystko. Nie wiedziałam tylko, czy bez niego wytrzymam. To nie miało sensu. Dlaczego musiałam być chora? Dlaczego właśnie ja? I dlaczego musiałam zdać sobie sprawę z powagi sytuacji tak późno? Wtuliłam głowę w poduszkę i zamknęłam oczy. Zawsze chciałam być twarda i nie pękać. Ale teraz to wszystko szlag trafił. Z moich oczu powoli zaczynały spływać łzy. Nie zatrzymywałam ich. Musiałam dać upust emocjom. Chciałabym dać sobie spokój ze wszystkim. Poczekać na śmierć i po prostu odejść. Ale nie potrafiłam umrzeć bez pożegnania z nim. To wszystko było zdecydowanie za trudne..

Minęło 5 dni. Na szczęście chłopaki musieli wyjechać i Zayna nie było na miejscu. Wiedziałam, że odkładając tą rozmowę raniłam i siebie, i jego, ale musiałam się do niej przygotować. Nadal nie wiedziałam, jak mu to powiedzieć. Przez te 5 dni prawie w ogóle nie wychodziłam z pokoju. Brałam leki i jadłam małe posiłki w kuchni, ale nic poza tym. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi i po chwili pojawiła się w nich Lily. Uśmiechnęłam się do niej smutno. Ona wiedziała o wszystkim. Niczego nie dało się przed nią ukryć. Usiadła obok i objęła mnie ramieniem.
-Wciąż myślisz, jak mu o tym powiedzieć? - spytała po prostu.
-Przez cały czas - westchnęłam - boję się, że słowa po prostu nie przejdą mi przez gardło.
-Ale wiesz, że musisz mu to powiedzieć..
-Wiem, Lily.. doskonale wiem. Chociaż wolę nie odbierać mu nadziei na to, że mogę wyzdrowieć. On myśli, że po przeszczepie wszystko powinno się ułożyć. A niestety tak nie jest.. nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo go kocham. Nie chcę go ranić.. nie chcę, by cierpiał przeze mnie..
-Lizzie, on doskonale wiedział, że jesteś chora - powiedziała spokojnie - zdawał sobie sprawę z zagrożenia. A mimo to się w tobie zakochał i widać, że zrobiłby dla ciebie wszystko. Wiedział, w co się pakuje. I bardzo cię kocha.
-Wiem to.. nie rozumiem tylko tego, dlaczego życie musi być tak skomplikowane?
-Tego chyba nikt nie wie.. a czy przez te 5 dni rozmawiałaś z nim chociaż raz?
-Nie.. - odpowiedziałam cicho - nie odbierałam telefonów.
-Dlaczego? - zdziwiła się.
-Ja.. nie wiem. Po prostu chciałam odetchnąć i wszystko przemyśleć.
-Elizabeth, czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, co on musi czuć? Wiesz jak on musi się martwić?
-Daj spokój, Lil, proszę. Nie dołuj mnie jeszcze bardziej.
-Wracają dzisiaj wieczorem. I to właśnie dzisiaj powinnaś z nim porozmawiać. Nie jutro, nie w inny dzień, tylko właśnie dzisiaj.
-A jak stchórzę?
-Nie stchórzysz. Pójdę tam z tobą, ale porozmawiasz z nim sama. Okey?
-Ale przecież będą zmęczeni po podróży i..
-Liz - ucięła - nic nie mów. Bądź gotowa za 3 godziny. I bez głupich wymówek.  
Po tych słowach po prostu wyszła, zostawiając mnie samą. Westchnęłam i padłam na łóżko, patrząc w sufit. Teraz nie miałam już wyboru. Ale Lily miała rację. Musiałam mu powiedzieć, bo tak dalej być nie mogło. Wolałam, żeby dowiedział się ode mnie, niż od niej, moich rodziców czy lekarza. W końcu niechętnie się podniosłam i poszłam wziąć prysznic. Przeczesałam włosy i spięłam je w luźnego koka, zrobiłam makijaż i poszłam do garderoby, gdzie ubrałam się TAK. Nie miałam siły grzebać w ciuchach, więc wzięłam to, co było pod ręką. Fizycznie byłam gotowa. Psychicznie - zdecydowanie NIE. Po kilkunastu minutach w moim pokoju znów pojawiła się Lily. Wiedziałam, że nadszedł czas. Pod domem czekała na nas taksówka, która odwiozła nas prosto pod dom chłopaków. Dopiero wtedy tak naprawdę zaczęłam się denerwować. Bałam się. Lily wzięła mnie pod rękę i nacisnęła dzwonek. Otworzył nam Harry. Wydawał się być wyraźnie zaskoczony, ale po chwili się uśmiechnął. Jego stosunek do mnie zmienił się już dawno. Choć czasami brakowało mi tego wspólnego dogryzania sobie.
-Zayn jest u siebie, a Liam w kuchni - powiedział po prostu.
-Dzięki, Hazz - odpowiedziała mu Lily i wspólnie weszłyśmy do domu.
Popatrzyła na mnie wzrokiem, który mówił "zrób to, teraz" i poszła do kuchni, przywitać się ze swoim chłopakiem. Wzięłam głęboki oddech i weszłam na górę. Zatrzymałam się przed drzwiami jego pokoju. Ręka mi drżała, ale zdołałam zapukać. Otworzył mi niemal od razu. Popatrzył na mnie zaskoczony, a potem odetchnął z ulgą.
-Chryste, Lizzie! Właśnie miałem do ciebie jechać! - powiedział i mocno mnie przytulił - Nic ci nie jest? Jesteś cała?
-Tak, Zayn, nic się nie stało - odpowiedziałam zdenerwowana - to znaczy.. tak jakby nic.
-O co chodzi? - spytał podejrzliwie.
-Możemy porozmawiać?
Nie odpowiedział. Po prostu wpuścił mnie do środka. Usiadłam na jego łóżku, a on zaraz obok mnie. Czułam jego zdenerwowanie i sama również drżałam. Bałam się tej rozmowy. Ale teraz nie było już wyjścia.
-Pamiętasz jak 5 dni temu rozmawialiśmy w samochodzie? - spytałam, a on kiwnął głową - wtedy powiedziałam ci, że wszystko jest w porządku, a ty nie uwierzyłeś.
-Bo doskonale wiem, że coś jest nie tak. Liz, proszę cię, powiedz mi o co chodzi. Ja tak dłużej nie wytrzymam. Proszę..
-Właśnie po to tu przyszłam. Żeby powiedzieć ci o czymś bardzo ważnym..
-O czym, Lizzie? - on również zaczął się bać.
-Przed moim wyjściem ze szpitala rozmawiałam z lekarzem. Wezwał mnie do siebie na rozmowę. Powiedział, że.. że mój organizm jest bardzo słaby i wyniszczony.. że są przerzuty.. i że nawet szpik mi nie pomoże, a mój dobry stan jest tylko chwilowy..
-Do.. do czego ty zmierzasz? - spytał, patrząc na mnie otępionym wzrokiem.
-Na sam koniec powiedział mi, że.. - zacięłam się. Te słowa nie chciały przejść mi przez gardło.
-Co ci powiedział? Lizzie, co on ci powiedział?!
-Że zostało mi tylko 6 miesięcy..
Po tych słowach w pokoju zapadła cisza. Po moich policzkach zaczęły spływać łzy, a Zayn siedział w otępieniu i się nie odzywał. W jednym momencie wstał i zaczął chodzić po całym pokoju.
-Nie, nie, nie - zaczął powtarzać - nie, to nie może być prawda! On kłamał! Ty z tego wyjdziesz, jestem pewien! Jeszcze coś da się zrobić! Będziesz żyła jeszcze przez długie lata!
-Zayn..
-Nie! Nic nie mów! Ja wiem, że tak będzie! Ty będziesz zdrowa, musisz być..
-Zayn przestań! - krzyknęłam i sama wstałam - Dobrze wiedziałeś, że jestem chora, gdy zaczęliśmy się spotykać. Powiedziałeś, że będziesz ze mną do końca, a teraz, gdy jest bardzo źle zaczynasz wariować? Może chcesz się wycofać, co?!
-Co? Nie, Liz, to nie tak..
-A jak? - mówiłam przez łzy - Powiedziałeś, że muszę być zdrowa. Byłeś ze mną, bo miałeś przekonanie, że wyzdrowieję. A gdy powiedziałam ci, że tak nie będzie, to chcesz się wycofać!
-Nie! O czym ty..
-Daj spokój. Wiem już wszystko.
-Lizzie..
-Daj mi spokój - syknęłam - poszukaj sobie dziewczyny, która jest zdrowa i z którą nie będziesz miał takich kłopotów.
Wzięłam torebkę i wyszłam z jego pokoju, trzaskając drzwiami. Nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Wiedziałam, że ta rozmowa będzie trudna, ale żeby aż tak? Nie chciałam go stracić, a to chyba właśnie się stało. Wybiegłam z ich domu, nie patrząc się za siebie. Przez łzy nie wiedziałam nawet dokąd idę. Wezwałam taksówkę i po prostu wróciłam do domu. Tego wieczora nie miałam już na nic ochoty. W tym momencie chciałam po prostu umrzeć..

___________________________
Cześć! 
Na początek bardzo Was przepraszam, że rozdziału nie było już 3 tygodnie.. chciałam go dodać zaraz po powrocie z Anglii, ale coś się stało i opublikował się tylko tytuł, a cały rozdział gdzieś zniknął :/ do tej pory sama nie wiem dlaczego.. i musiałam wszystko napisać od początku. 
Ale skończyłam i oto jest! :) Mam nadzieję, że wam się spodoba :)
Do końca opowiadania zostały 2 rozdziały i epilog . 
CZYTASZ = KOMENTUJESZ ! <3
Czekam na Wasze opinie :) 
+ Kocham Waaaas ! ♥

piątek, 2 sierpnia 2013

~Szesnasty~

Rozdział ze specjalną dedykacją dla Domi <3
______________________________________________

Lizzie

Miałam dość szpitala. Od zawsze nienawidziłam tego miejsca. Nie chciałam dostawać kroplówek, słuchać pielęgniarek, chodzić na badania i przechodzić tego wszystkiego od nowa. Czułam się dziwnie. Nie pamiętałam niczego oprócz tego, że leżałam w łóżku Zayna, bo źle się poczułam. Później urywał mi się film. To uczucie było nieznośne. Myśl o tym, że przeszłam przeszczep, coraz bardziej mnie przerażała. Z moim zdrowiem coś musiało być bardzo nie tak. Jak mogłam do tego dopuścić? Jak w ogóle coś takiego mogło się zdarzyć? Siedziałam na swoim szpitalnym łóżku i patrzyłam przez okno. Chciałam opuścić ten budynek i znaleźć się jak najdalej od niego. Położyć się w łóżku Zayna i wtulić się w niego. Nie mogłam uwierzyć w to, że został dawcą. To dzięki niemu się obudziłam i mogłam dalej żyć. Nie rozumiałam tego, że narażał własne zdrowie, bym tylko poczuła się lepiej. On naprawdę musiał mnie kochać. Nagle, jak na zawołanie, rozległo się pukanie do drzwi, a chwilę później mój chłopak już całował mnie na powitanie. Smak jego ust był zdecydowanie najlepszą rzeczą, jaka spotkała mnie tego dnia. Przysunął sobie krzesło i usiadł, patrząc na mnie z uśmiechem.
-Wyjdziesz stąd lada dzień - powiedział - twój stan zdrowia się poprawia.
-Mam nadzieję - westchnęłam - powoli nie wytrzymuję. Nienawidzę szpitali. To miejsce pachnie przygnębieniem i śmiercią. Chcę do domu..
-Wiem. Wytrzymaj jeszcze kilka dni. W końcu stąd wyjdziesz i wszystko wróci do normy. Jeszcze tylko trochę. Muszą mieć pewność, że to się nie powtórzy.
-Zayn.. - powiedziałam cicho - i ja, i ty, i wszyscy lekarze doskonale wiemy, że to się powtórzy.
-Daj spokój, nie mów o tym teraz.
-Jak mam o tym nie mówić? Jestem coraz słabsza, rozumiesz? Mój czas jest policzony..
-Lizzie, przestań - skarcił mnie - czasu masz jeszcze bardzo dużo. Przecież były już takie przypadki, że nieuleczalną chorobę dało się wyleczyć. Cuda się zdarzają. Wierzę, że tym razem też tak będzie.
-Daj spokój - prychnęłam - cuda? Na cud trzeba sobie zasłużyć. Jestem już tym wszystkim po prostu zmęczona. Chciałabym w końcu mieć to w dupie, ale się nie da. Boję się.. po raz pierwszy w życiu przyznaję, że się boję..
-Nie bój się - powiedział miękko i mnie do siebie przytulił - jestem przy tobie i zawsze będę. Damy sobie radę, zobaczysz. Możemy osiągnąć wszystko. Razem pokonamy przeszkody.
-Jesteś moim aniołem, wiesz? Gdyby nie ty..
-Daj spokój - przerwał mi i pocałował w czoło - ja nic nie robię. Po prostu chcę być przy tobie, bo to daje mi największe szczęście. Kocham cię jak jakiś wariat! To szaleństwo, ale bardzo mi się podoba.
-Nie wolałbyś mieć dziewczyny, która jest zdrowa? Która żyłaby z tobą aż do starości? Z którą będziesz miał dzieci i wnuki?
-Chcę tylko ciebie.
-Ale ja nie mogę ci tego dać..
-Nie obchodzi mnie to, rozumiesz? Liz, niech wreszcie dotrze do ciebie fakt, że jesteś dla mnie wszystkim! Nie zamieniłbym cię za nikogo innego. Ty dajesz mi szczęście i to na twój widok się uśmiecham. Nie chcę nikogo innego i skończ z takimi pierdołami. Kocham tylko ciebie.
-Ja też cię kocham - w końcu się uśmiechnęłam - jesteś niesamowity.
-Jestem twój.
Po tych słowach mnie pocałował, a ja poczułam motyle w brzuchu. Byłam pewna, że Max nigdy by się tak nie zachował. Odwiedziłby mnie raz, czy dwa a potem by odpuścił i poszedł na imprezę. On i Zayn byli zupełnie inni. Zayn był czuły, opiekuńczy i kochany, a Max porywczy, zniecierpliwiony i nic by go to nie obchodziło. Byle by wyjść, napić się i naćpać.
Zayn siedział u mnie przez cały dzień. Dopiero pod wieczór lekarz poprosił go, by wyszedł. Na szczęście nie robili mi badań, tylko podawali lekarstwa. Mimo wszystko nie czułam się najlepiej. Przez mój tryb życia bardzo naraziłam swoje zdrowie. Żałowałam każdej imprezy, każdej kropli alkoholu, każdego papierosa i każdego skręta wypalonego ze starymi znajomymi. To nie miało już żadnego znaczenia. Kiedyś moje życie nie miało sensu. Chciałam po prostu przeżyć i wiedzieć, że było fajnie. Teraz chciałam żyć jak najdłużej, by być z Zaynem. On był moją siłą, motywacją i oparciem.
Mijał dzień za dniem. Ciągle czekałam tylko na to, by usłyszeć, że wychodzę do domu. I w końcu się doczekałam. Do mojej sali wszedł lekarz i oznajmił, że mój stan się poprawił i jestem w stanie wrócić do normalnego życia. Byłam tak szczęśliwa, że miałam ochotę zacząć skakać. Dostałam jakieś nowe leki, całą listę rzeczy, które powinnam robić, a których nie i w końcu mogłam wyjść z tego cholernego miejsca. Tego dnia Zayn z chłopakami byli na jakimś ważnym wywiadzie, więc nie mógł mnie odebrać, ale na szczęście zrobiła to Lily. Przywiozła mi ubrania i kosmetyki. Doprowadziłam się do porządku i jak najszybciej opuściłam szpital. W końcu poczułam delikatny powiew wiatru na skórze, a na mojej twarzy zagościł uśmiech. Lily tylko wywróciła oczami i zaśmiała się. Wsiadłyśmy do samochodu i już po kilkunastu minutach byłam w domu. Szybko poszłam do swojego pokoju i padłam na łóżko. Lily weszła zaraz za mną.
-Była u ciebie Jessie - powiedziała, a ja się skrzywiłam - była nieźle wkurzona. Myślałam, że zaraz się rozpałcze.
-Kto? Ona? - zdziwiłam się -Rozpłakać się? Kochana, ty chyba nie znasz tej suki..
-Naprawdę tak wyglądała! Pytała o ciebie. Powiedziałam tylko, że cię nie ma. Zaczęła coś krzyczeć i mówić, że przyjdzie jeszcze dzisiaj.
-Nie powiedziała, o co jej chodzi?
-No właśnie nie. Wpadnie zapewne dziś.
-Yh.. nie mam ochoty widzieć tego, co ona nazywa twarzą. Moje nerwy mogą tego nie wytrzymać.
-Nie ciekawi cię, czego ona może chcieć?
-To Jess - westchnęłam - zapewne przyjdzie mnie przekonywać, żebym wróciła do ich paczki. A mnie to kompletnie nie rusza.
-Pożyjemy, zobaczymy.
Uśmiechnęłyśmy się do siebie. Lil była wspaniałą kuzynką i przyjaciółką. Ona i Zayn stanowili dla mnie największą podporę. Kiedy wyszła z mojego pokoju, poszłam pod prysznic i relaksowałam się ciepłą wodą, która delikatnie obmywała moje ciało. W końcu wyszłam, zrobiłam lekki makijaż i ubrałam się w TEN zestaw. Zastanawiałam się, co robić przez resztę dnia. Zeszłam na dół do kuchni, żeby się czegoś napić i właśnie w tym momencie do mojego domu wpadła Jessie. Bez pukania czy dzwonienia. Po prostu wtargnęła do środka. Stanęłam zaskoczona i spojrzałam na nią jak na idiotkę. Była wyraźnie wkurzona i, naprawdę, wyglądała jakby płakała.
-Istnieje coś takiego jak dzwonek - warknęłam.
-To wszystko twoja wina! - krzyknęła, czym kompletnie mnie zdziwiła.
-Moja wina, że nie wiesz, co to dzwonek? - zakpiłam zdezorientowana.
-To twoja wina ty nic nie warta szmato! - krzyknęła i podeszła kilka kroków - To wszystko przez ciebie! Jesteś z siebie zadowolona?!
-Cholera, Jess - wkurzyłam się - o czym ty do mnie mówisz? Jaka moja wina? Co ci się znowu popieprzyło?
-Nie udawaj, że nie wiesz o co chodzi, suko! W ogóle cię to nie obchodzi, prawda?! Masz w dupie to, co się stało! Za kogo ty się do cholery uważasz?!
-Kurwa, dość! - krzyknęłam - Nie mam pojęcia, o czym ty mówisz! Przez ostatnie dwa tygodnie byłam w szpitalu i wyszłam dopiero dzisiaj! Nie mam pojęcia o czym ty mi tu pierdolisz, więc może łaskawie mi to wytłumaczysz?!
To na chwilę ją uciszyło. Popatrzyła na mnie zaskoczona. Wpatrywałyśmy się w siebie bez słowa. Nie miałam bladego pojęcia o czym ona mówiła. Co do cholery mogło się stać, żeby tak na mnie naskakiwała?
-Ty.. ty nic nie wiesz? - spytała w końcu.
-No jak widać nie - prychnęłam - wchodzisz do mojego domu i robisz mi awantury a ja nawet nie wiem w jakim celu i na jaki temat! Cholera, Jessie. O co ci do kurwy chodzi?
-Max nie żyje - powiedziała, a mnie kompletnie zamurowało - zaćpał się. Eric znalazł go przedwczoraj w nocy w jego mieszkaniu.
-Złoty strzał? - zdołałam wykrztusić.
-Tak. Nic nikomu nie powiedział. Nie wiedzieliśmy, że coś takiego planował! A to wszystko przez ciebie..
-Przeze mnie? - znowu się zdziwiłam - A co ja mam wspólnego z jego śmiercią? Może mi powiesz, że to ja wpakowałam mu igłę w żyłę, co?!
Jess tylko zacisnęła usta i zaczęła grzebać w torebce. Po chwili wyciągnęła w moim kierunku białą kopertę. Wzięłam ją do ręki, nie wiedząc, o co chodzi.
-Z tego dowiesz się wszystkiego - powiedziała ostro.
Po tych słowach odwróciła się i po prostu wyszła. Stałam w korytarzu zdezorientowana. Max nie żyje? Złoty strzał? To było przecież niemożliwe! Max kochał życie i wieczne imprezy. Jak mógł tak po prostu popełnić najgorsze samobójstwo? Bez słowa wróciłam do swojego pokoju, usiadłam na łóżku i otworzyłam kopertę, z której wyjęłam zwykłą kartkę z zeszytu. Otworzyłam ją i od razu rozpoznałam jego charakter pisma. Od razu zaczęłam czytać..

Nigdy nie zastanawiałem się, jak powinien wyglądać list samobójcy, bo nigdy nie zamierzałem nim być. Jak widać życie potrafi zaskakiwać, co nie? Zapewne zdziwi was moja śmierć i słusznie. To wszystko przestało mieć dla mnie sens. Te imprezy, chlanie i ćpanie. A wszystko przez jedną osobę. Myślałem, że zdołam JĄ odzyskać, ale się nie udało. Ona kocha tego zasranego sukinsyna, który uważa się za nie wiadomo kogo. Okey, nie powinienem był robić tego, co zrobiłem wtedy na polanie. Po prostu cholernie brakowało mi jej bliskości. O ile wiecie o czym mówię. To wszystko jest o wiele bardziej skomplikowane, niż się wydaje. Grałem drania bez uczuć, ale taki nie byłem. Po prostu byłem o nią chorobliwie zazdrosny, a bez niej nie potrafię żyć. Jakie to banalne, prawda? "Nie kocha mnie to się zabiję". Ale co innego mi pozostaje? Żyć i patrzeć jak tamten obleśny idiota ją dotyka? Mam patrzeć jak ona się to niego lepi? Nie, dzięki. Moja śmierć pomoże wielu osobom. Kocham Liz. I raczej nie przestanę. Wolę umrzeć teraz niż mieć takie gówniane życie. Zapewne za niedługo ją zobaczę, ale nie wiem ile czasu jeszcze jej zostało. Żyjcie, bawcie się, ćpajćie, ruchajcie. Co chcecie. Do zobaczenia kiedyś tam. Sorry za wszystko.
Max ..

Myślałam, że zaraz zwymiotuję. Przeczytałam jego list dwa razy i dopiero wtedy dotarło do mnie znaczenie jego słów. Zabił się, bo mnie kochał? Przecież to kompletnie bez sensu! Okazywał to w bardzo dziwny sposób. Zwłaszcza z tym gwałtem. Max naprawdę był idiotą i psycholem. Nie wiedziałam, dlaczego nagle w moich oczach pojawiły się łzy. Może to przez te wszystkie wspólne wspomnienia. W końcu nie zawsze był skurwysynem. Nie mogło dotrzeć do mnie to, że się zabił. I to jeszcze za pomocą narkotyków. Położyłam jego list na łóżku i schowałam twarz w dłoniach. Czy to była moja wina? Czy to ja zawiniłam? Jess i Eric zapewne właśnie tak myśleli. Obwiniali mnie o jego śmierć. Nienawidziłam go za ten gwałt i za to, że miałam takie życie a nie inne. Ale teraz.. on mnie kochał? Naprawdę kochał? Jakoś trudno mi było w to uwierzyć. Jess pałała do mnie nienawiścią, bo Max się zabił. To wszystko nie miało żadnego sensu. Co miałam o tym wszystkim myśleć? Zerwaliśmy ze sobą z jego winy. To on zawinił, nie ja. Choć.. wina zawsze leży po obu stronach. Może w ogóle nie powinniśmy być razem. Ten związek od początku był pomyłką. To Zayna kochałam. On był dla mnie wszystkim. Max nigdy by taki nie był. Zawsze byłby tym rozpieszczonym dzieciakiem, który za koke czy amfe oddałby wszystkie pieniądze. Był uzależniony. A ja nie. Dwa różne światy? Czy mogłam to tak nazwać? Myślałam, że głowa eksploduje mi od myśli. Znowu nowe komplikacje. Czy ja nie mogłam mieć ani odrobiny spokoju? 
Kilka godzin później zjawił się Zayn. Powitał mnie uśmiechem, którego niestety nie mogłam odwzajemnić. Wręczył mi długą, czerwoną różę i ucałował na powitanie. Słodki i romantyczny. Cały Malik. Usiadł obok mnie i coś mówił, ale go nie słuchałam. Ciągle zaprzątałam sobie głowę śmiercią Maxa. To naprawdę nie miało sensu.
-...i wtedy pomyślałem, że.. Lizzie, czy ty mnie w ogóle słuchasz? - jego głos wyrwał mnie z rozmyśleń.
-Emm.. przepraszam cię, ale nie mam do niczego głowy.
-Coś się stało? 
-Max nie żyje. Zaćpał się.
Zayn wyglądał na zaskoczonego. Nie spodziewał się takiej informacji. 
-Tak po prostu? - spytał zmieszany.
Westchnęłam i podałam mu list. Szybko go przeczytał i odłożył. Nie odezwał się przez dłuższą chwilę. Wiedziałam, że wiele go to kosztuje. Splotłam palce i spojrzałam w podłogę. Nienawidziłam takiej ciszy.
-Uważasz.. - odezwał się w końcu - że to twoja wina?
-Nie wiem.. - odpowiedziałam zrezygnowana - przecież nie kazałam mu się zabijać.
-A.. czujesz się winna jego śmierci? 
-Zayn, skąd takie pytania? - zirytowałam się.
-Po prostu nie chcę, żebyś obwiniała się o jego śmierć. To był jego wybór. Nikt go nie zmuszał do tego, żeby się zabijać. To on zdecydował, że nie chce mu się żyć. Ty nie miałaś z tym nic wspólnego. To on podjął decyzję.
-Zabił się, bo mnie kochał. Naprawdę sądzisz, że nie miałam z tym nic wspólnego?
-Kochał? - zirytował się - Czy ty się słyszysz? Gdyby cię kochał, to by cię nie zgwałcił do cholery! To nie była miłość. Napisał tak tylko dlatego, żeby dać twoim dawnym znajomym jakiś powód. A może po prostu nie mógł znieść głodu narkotyków? Nie miał już na działki to się zabił, żeby mu było łatwiej.
-Max i brak kasy? Zayn, on był bogaty! Mógł mieć absolutnie wszystko, co chciał! Nowe samochody, ciuchy, sprzęt, narkotyki też. 
-Skąd możesz to wiedzieć? Lizzie, proszę cię, daj spokój. To była jego decyzja. Mógł się o ciebie starać. Dawać ci do zrozumienia, że jesteś dla niego ważna. A co zrobił? Wykorzystał cię. Nie dbał o to, że nie chciałaś i mogło cię to boleć. Chciał zaspokoić swoje potrzeby, a to nie jest miłość.
-Dobra, skończmy ten temat. Jestem już zmęczona tym wszystkim. Pójdę jutro na pogrzeb i zamknę w swoim życiu rozdział pod tytułem "MAX GILBERT". Nie będę do tego wracać. Mam miliony swoich problemów. 
-Podoba mi się twoje podejście - uśmiechnął się - więc co powiesz na moją propozycję?
-Jaką propozycję? - zdziwiłam się.
-Yh.. no tak, nie słuchałaś mnie. Ja, ty, Liam, Lily, Louis, Sandy, Niall i Harry wybieramy się do kina a potem na plażę. Co ty na to?
-Kiedy?
-Za 15 minut. To jak?
-W sumie.. czemu nie.
-Wiedziałem, że się zgodzisz - powiedział i pocałował mnie.
Nie chciałam od razu kończyć pocałunku. Przyciągnęłam go do siebie i usiadłam mu na kolanach. Chciałam rozkoszować się jego bliskością. Niestety nie było na to czasu. Odkleiłam się od niego i poszłam do garderoby. Założyłam swoje ulubione bikini, na które narzuciłam zwiewną, letnią sukienkę i ubrałam brązowe rzymianki. Do torby spakowałam ręcznik, olejki do opalania, bluzę i inne duperele. Wróciłam do swojego pokoju. Zayn stał przy drzwiach. Na dole już siedziała cała reszta. Przywitałam się ze wszystkimi i wsiedliśmy do dużego vana, stojącego na naszym podjeździe. Zapowiadał się naprawdę bardzo mile spędzony dzień.

______________________________
Tralalal, przybywam do Was z rozdziałem 16! :) 
Wiem, że nie było długo, ale dopiero dzisiaj odzyskałam internet. Można powiedzieć, że w ostatniej chwili :) Może nie jest zbyt długi, ale chciałam go wstawić niezbyt późno, a zaraz wychodzę. Poniedziałek Londyn <3 Achh..
I znowu muszę zostawić Was na 2 tygodnie, bo raczej nie będę mieć internetu na obozie językowym, ale wstawię 17 zaraz jak wrócę :) 
CZYTASZ = KOMENTUJESZ <3
Bardzo Was proszę o opinie, bo widzę, że jest ich coraz mniej .. ;c
Udanych wakacji <3
I do napisaniaaa! : )) 

poniedziałek, 29 lipca 2013

PRZEPRASZAM!

Przepraszam Przepraszam Przepraszam Przepraszam Przepraszam Przepraszam Przepraszam Przepraszam Przepraszam Przepraszam Przepraszam Przepraszam Przepraszam!!!

Jestem pozbawiona internetu :C coś mi robią z siecią i nie mam jak pisać.. teraz jestem dosłownie na chwilę u wujka bo mnie wpuścił, a tak to nie mam jak tu wchodzić.. mam napisaną tylko niecałą połowę rozdziału.. yhh.. PRZEPRASZAM WAS..
Nie chcę Was tak zaniedbywać, ale to nie zależy ode mnie.. już mnie powoli szlag trafia z tym wszystkim..
OBIECUJĘ, że jak tylko odzyskam internet, to od razu pojawi się rozdział.
I OBIECUJĘ, że pojawi się do piątku, bo później wyjeżdżam na 2 tygodnie do Anglii.
Jak się okaże, że nie będę mieć internetu, to pójdę do kogokolwiek i skończę dla Was ten rozdział choćby nie wiem co! 
Kocham Was, pamiętajcie o tym. :C
I jeszcze raz przepraszam..:(

~Wasza Alexiss ♥

wtorek, 16 lipca 2013

~Piętnasty~

   Przeszedłem całą serię badań i z niecierpliwością czekałem na wyniki. Przez cały czas siedziałem pod salą Liz i nie zamierzałem się stamtąd ruszać. Lily, Liam i Sandy też byli ze mną, choć już powoli przysypiali. Nie dziwiłem im się. Była już prawie 6 rano. Pół godziny później zjawili się jej rodzice. Od razu wstałem i podszedłem do nich. Byli zmęczeni i zdenerwowani.
-Co się z nią stało na litość? - spytała jej mama w totalnej rozsypce - Jak wyjeżdżaliśmy, to wszystko było w porządku!
-Zupełnie nagle źle się poczuła - odpowiedziałem - powiedziała, że coś jest nie w porządku. Położyła się, a wtedy było gorzej. Wstała i upadła na podłogę, po czym straciła przytomność. Teraz jest w śpiączce farmakologicznej i..
-I co? - spytał jej ojciec - I co do cholery?!
-Lekarz powiedział, że.. potrzebny jest przeszczep szpiku...
W tym momencie obydwoje zbledli. Przez dłuższą chwilę się nie odezwali. Mama Liz się rozpłakała, a ojciec ją do siebie przytulił. Mi również było ciężko z tą informacją. Nie chciałem jej stracić, a czas dłużył się w nieskończoność.
-Ja już się przebadałem - powiedziałem po chwili - właśnie sprawdzają moje wyniki.
-Ty.. chcesz być dawcą? - zdziwiła się jej mama - Ale.. dlaczego? Przecież my możemy!
-Bo ją kocham - odpowiedziałem pewnie - jest dla mnie kimś bardzo ważnym i zrobię wszystko, by utrzymać ją przy życiu. Nawet kosztem własnego.
-Mówisz to zupełnie poważnie? - spytał jej tata.
-Tak. Nigdy w życiu nie byłem bardziej poważny. Po prostu bardzo mocno ją kocham.
Pokiwali tylko głowami. Chyba nie byli w stanie niczego powiedzieć. Po chwili przyszedł lekarz, niosąc w ręce moje wyniki. Zacisnąłem pięści i czekałem na to, co mi powie. Rodzice Lizzie również do niego podeszli i najchętniej od razu zasypaliby go gradem pytań.
-Twoje wyniki są.. - skierował się do mnie - o dziwo bardzo dobre. Twój szpik jest zgodny. Jeszcze nigdy nie mieliśmy takiej sytuacji, jak ta. Jeżeli nadal tego chcesz, to możesz być dawcą.
-Oczywiście, że tego chcę - odpowiedziałem z ulgą.
-Dobrze, pójdziesz teraz ze mną. Nie mamy chwili do stracenia. Z państwem porozmawia ordynator. Czeka w pokoju lekarskim na końcu korytarza.
Pokiwali głowami i od razu poszli we wskazanym kierunku. Liam, Sandy i Lily pokazali, że trzymają kciuki, a ja tylko im skinąłem. Poszedłem za lekarzem i dopiero wtedy zacząłem się bać. Bałem się tego, że będzie to bolesne. Ale chwilę później przypomniałem sobie o Lizzie i o tym, że mogę ją stracić. Strach momentalnie ustąpił. Byłem gotowy na wszystko. Musiałem jej pomóc. Za wszelką cenę.

Lily

Wszystko działo się bardzo szybko. Byłam przerażona całą tą sytuacją. Wiedziałam, że Liz jest chora i to bardzo ciężko, ale nie byłam gotowa na taki zwrot akcji. Odkąd nasze relacje się poprawiły, traktowałam ją jak rodzoną siostrę. Nie chciałam, by umarła. Ciągle liczyłam na jakiś wielki cud, że choroba się cofnie i będzie mogła być zupełnie zdrowa. Siedziałam wtulona w Liama i tylko dzięki niemu jeszcze jakoś się trzymałam. Sandy poszła zadzwonić do Lou i w końcu zostaliśmy sami. Od pewnego czasu coś do niego czułam. Zakochałam się w nim. Nie w Liamie Paynie z One Direction, ale w Liamie, którego poznałam i który był bardzo wyjątkowym człowiekiem. Bardzo często podnosił mnie na duchu i starał się doradzać najlepiej, jak umiał. Byłam mu wdzięczna absolutnie za wszystko, co dla mnie zrobił.
-Nie przejmuj się - powiedział spokojnie - Liz jest silna i na pewno z tego wyjdzie.
-Liam.. ona ma białaczkę. I to w zaawansowanym stadium. Nie wyjdzie z tego..
-Nie bądź pesymistką. Wiem, że jest ciężko, ale przeszczep jej pomoże i będzie żyła jeszcze długo. Wystarczy trochę więcej wiary, nadziei i czasu.
-Mam nadzieję - westchnęłam - i dziękuję, że tak tu ze mną siedzisz. Równie dobrze mógłbyś pojechać do domu i porządnie się wyspać.
-Daj spokój. Nie zostawiłbym ciebie i Zayna. Zapewne w tej chwili oddaje szpik, a to nic miłego. Nie mógłbym wysiedzieć w domu. I jestem pewien, że Louis, Niall i Harry też tu dotrą. A poza tym to nie masz za co mi dziękować. Wszystko będzie dobrze, Lily. Obiecuję ci to.
Uśmiechnęłam się i na nowo się w niego wtuliłam. Przy nim było mi absolutnie dobrze. Nawet nie wiem, w którym momencie zasnęłam. Obudziły mnie czyjeś krzyki. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że wywożą Lizzie z sali, a jej rodzice idą za nią i mówią coś do lekarzy. Sama również wstałam z nadmiaru emocji. Liz wyglądała zupełnie jakby po prostu spała.Z wyjątkiem tego, że była blada, miała zapadnięte policzki i jakąś rurkę w gardle, która oddychała za nią. Przeraziłam się, a łzy na nowo pojawiły mi się w oczach. Liam od razu mnie objął i zaczął głaskać po ramieniu. Kiedy zniknęli mi z oczu, po prostu się w niego wtuliłam. Byłam słaba i bezsilna. Nie umiałam nawet opanować łez.
-Nie płacz - powiedział Liam delikatnie - zrobią jej przeszczep i wszystko będzie w porządku. Lil, proszę, nie przejmuj się.
-Nie potrafię! To moja kuzynka..
-A moja przyjaciółka i też się o nią martwię, ale wiem, że będzie dobrze. Trochę optymizmu!
-Te nerwy mnie wykończą..
-Wiem. Wszystko wiem. A teraz uspokój się, usiądź i poczekajmy aż operacja dobiegnie końca. I wiem, że może to nieodpowiedni moment, ale.. muszę ci coś powiedzieć.
-Tak?
-Jesteś bardzo wyjątkową osobą, Lily. Pierwszy raz spotkałem kogoś takiego na swojej drodze. Kiedy mam świadomość tego, że się zobaczymy, od razu poprawia mi się humor. Chcę byś była dla mnie kimś więcej niż zwykłą przyjaciółką.. zakochałem się w tobie.
-Mówisz poważnie? - chciałam się upewnić.
-Całkowicie poważnie. Co o tym sądzisz?
-Sądzę, że.. tak, też się w tobie zakochałam.
-Naprawdę? - spytał z niedowierzaniem.
-Tak, naprawdę - zaśmiałam się - i to już dawno temu.
-Więc.. zgodzisz się być moją dziewczyną?
-Oczywiście, że tak.
Liam pochylił się nade mną i delikatnie mnie pocałował. Oddałam mu się całkowicie. W tym momencie było mi naprawdę dobrze. W końcu czułam, że mam przy sobie odpowiednią osobę. A do szczęścia nie potrzebowałam niczego więcej. Chwilę później wrócili rodzice Lizzie. Byli zdenerwowani, ale wcale im się nie dziwiłam. Wspólnie czekaliśmy aż ten koszmar wreszcie się skończy. Usiedliśmy na niewygodnych krzesłach i każdy nas w duchu modlił się, żeby tylko wszystko było w porządku.

Kilka godzin później było już po wszystkim. Lizzie leżała na OIOM-ie a jej rodzice rozmawiali z lekarzem. Ciągle miałam nerwy bo nikt nie chciał nic powiedzieć. Nagle na korytarzu pojawił się Zayn. Szła za nim pielęgniarka, która próbowała mu coś powiedzieć, ale on jej nie słuchał. Szedł prosto do nas. Kobieta w końcu zrezygnowała i wróciła, skąd przyszła. Wiedziałam, że powinien jeszcze chwilę odpoczywać, żeby jego organizm przyzwyczaił się do pobrania szpiku, ale on miał to gdzieś. Cały Zayn.
-Gdzie ona jest? - spytał, gdy tylko znalazł się przy nas - Już po operacji, prawda?
-Tak, ale nic nam nie powiedzieli - odpowiedziałam - leży na OIOM-ie i nie wolno do niej wchodzić.
-Ja muszę do niej wejść - powiedział twardo.
-Zayn, ogarnij się - odezwał się Liam - nawet rodziców do niej nie wpuścili! Jest tyle co po przeszczepie. Nie możesz tak po prostu do niej wejść. Zaczekaj.
-Nie mogę się opanować.. muszę wiedzieć, co z nią..
-Zaczekaj - powiedziałam spokojnie - wszyscy czekamy. Na pewno wszystko poszło dobrze.
-Mam nadzieję.
W końcu usiadł na krześle i schował twarz w dłoniach. Doskonale wiedziałam, że ma dość. Tak samo jak my wszyscy. Godzinę później zjawili się Niall, Harry i Louis z Sandy. Byliśmy w komplecie i wspólnie czekaliśmy na jakiekolwiek wieści.

Zayn

Pobieranie szpiku bolało, ale nie myślałem o tym. Chciałem po prostu jej pomóc. Pielęgniarka kazała mi chwilę odpocząć, ale długo nie wytrzymałem. Za wszelką cenę musiałem się dowiedzieć, jak przebiegła operacja. Nie dbałem o siebie. Najważniejsze było jej życie. Ubrałem się w swoje rzeczy i wyszedłem z sali. Od razu zobaczyłem Liama i Lily. Kazali mi czekać. Nic innego nie nie pozostało. Zjawiła się tez reszta, a jej rodzice wciąż rozmawiali z lekarzem. Emocje rozsadzały mnie od środka. Jeszcze nigdy się tak o kogoś nie martwiłem, jak właśnie o nią. Musiała przeżyć. Przeszczep musiał się udać. Nie było innej opcji.

Minęły dwa dni, które spędziłem w szpitalu. Dopiero dzisiaj pozwolili mi do niej wejść i chyba tylko dlatego, żebym w końcu dał im spokój. Rodzice Liz musieli pilnie jechać do firmy, więc byłem z nią sam. Wszedłem do jej sali i niemal od razu coś chwyciło mnie za serce. Leżała na łóżku, a wokół niej stała tylko aparatura, wydająca z siebie pikające dźwięki, świadczące o tym, że wciąż żyła. Usiadłem na krześle obok niej i wziąłem jej rękę w swoje dłonie. Była blada, ale oddychała już samodzielnie. Lekarze mówili, że miała dużo szczęścia i lada moment powinna się wybudzić. Było już popołudnie, a jej oczy nadal pozostawały zamknięte. 
-Lizzie.. - zacząłem cicho - wiem, że tam jesteś i wiem, że mnie słyszysz. Musisz być silna. Musisz z tym walczyć! Nie wolno ci się poddać, rozumiesz? Jestem przy tobie i bardzo mocno cię kocham. Nie wytrzymam bez ciebie. Wiem, że będzie dobrze, tylko.. proszę cię, otwórz oczy. Wróć do nas.. wróć do mnie.. wszystko będzie dobrze. Możesz pokonać chorobę i żyć jeszcze przez długie lata! Proszę.. po prostu wróć..
Nie było żadnej reakcji. Nadal się nie wybudziła. Poczułem łzy w oczach i nawet nie próbowałem z nimi walczyć. Ucałowałem ją w czoło, nie puszczając jej dłoni nawet na moment. Musiała się wybudzić. Musiała walczyć i być silna. Wierzyłem w nią z całego serca. Pochyliłem się do przodu, przykładając czoło do jej dłoni. W duchu prosiłem, by tylko było w porządku i by przeszczep się przyjął. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby jeszcze jej zaszkodził. Minęło kilkanaście minut i nadal nic się nie działo. Nadal miałem nadzieję. Nadal czekałem. Chciałem być pierwszą osobą, którą zobaczy zaraz po przebudzeniu. I nagle coś się stało. Jej ręka się poruszyła. Podniosłem się i spojrzałem na jej twarz. Jej oczy powoli się otwierały, a ja ze szczęścia zacząłem płakać. W końcu zobaczyłem jej źrenice, które patrzyły prosto na mnie. Szybko otarłem łzy i uśmiechnąłem się najszerzej jak potrafiłem.
-Z..Zayn? - spytała słabo.
-Tak kochanie, jestem tutaj - odpowiedziałem miękko - cały czas przy tobie byłem, słońce. Już wszystko w porządku.
-Ale.. co się.. stało? 
-To teraz nieważne. Najważniejsze jest to, że się obudziłaś.
-Dlaczego jestem w szpitalu? - dopytywała się słabym głosem i zacisnęła swoje palce na mojej dłoni - Powiedz mi, Zayn..
-Na imprezie zasłabłaś - powiedziałem jak najbardziej spokojnie - i straciłaś przytomność. Musiałem wziąć cię do szpitala, gdzie okazało się, że twoje życie jest zagrożone. Potrzebowałaś przeszczepu szpiku. Tylko to póki co mogło cię uratować. Jesteś już po operacji i powoli wracasz do siebie.
-Przeszczepu? - zdziwiła się - Ale.. jak to? To niemożliwe! Przez ostatnie dni czułam się normalnie.
-Lizzie, już po wszystkim - starałem się ją uspokoić - już nie masz czego się bać. Najważniejsze jest to, że cię wybudziłaś.
-Jakim cudem znaleźli szpik tak szybko? - dopytywała dalej - To przecież.. dziwne.
-Byłem dawcą - powiedziałem z westchnieniem - zrobili mi badania i okazał się zgodny, więc się nie zastanawiałem. Nie dopytuj już o to. Już po przeszczepie. Dojdziesz do siebie i wrócimy do domu.
Lizzie milczała przez dłuższą chwilę, jakby analizowała każde moje słowo.
-Oddałeś dla mnie szpik? - spytała w końcu - Naprawdę? Dlaczego?
-Bo cię kocham - odpowiedziałem szczerze - i jestem gotów zrobić dla ciebie absolutnie wszystko. Nawet kosztem własnego życia. Jesteś dla mnie wszystkim, Liz. I skończmy temat. Jak się czujesz?
-Dziwnie.. tak jakoś.. inaczej.. ile ja tu już jestem?
-Tylko 3 dni. Podejrzewam, że zaraz przyjdzie do ciebie lekarz.
-3 dni? Dlaczego ja nic nie pamiętam? 
-Byłaś w śpiączce. Twój stan był naprawdę ciężki. Ale z tego co widzę, to dochodzisz do siebie.
-Mam nadzieję. Nienawidzę szpitali - prychnęła - muszę stąd wyjść jak najszybciej!
Już miałem coś powiedzieć, gdy do sali wszedł lekarz i 3 pielęgniarki.
-Elizabeth, jak dobrze cię widzieć! - powiedział z uśmiechem - W końcu do nas wróciłaś. Zayn, proszę abyś opuścił salę. Mamy tu coś do zrobienia.
-Do zobaczenia - szepnąłem do Liz i pocałowałem ją, co od razu odwzajemniła.
Wyszedłem z jej sali i zamknąłem drzwi. Na korytarzu właśnie pojawiła się Lily. Na wieść o tym, że Liz odzyskała przytomność, rzuciła mi się na szyję. Zaśmiałem się i przytuliłem ją do siebie. Teraz już wszystko musiało być w porządku. Przeszczep się przyjął. A ja miałem nadzieję, że moja dziewczyna zostanie z nami jeszcze przez długi czas...

__________________________
Okey, mamy piętnasty :) Wiem, że miał być wczoraj, ale nie miałam jak go skończyć, wybaczcie!
Mam nadzieję, że choć odrobinę wam się spodobał :) 
Do końca zostało już niewiele.. :)
CZYTASZ = KOMENTUJESZ!
Liczę na Waas! 
A może by tak pobić rekord komentarzy? ^^ Więcej niż 35? Dacie radę? :D
Love you all ♥ 





poniedziałek, 8 lipca 2013

~Czternasty~

Sobota. Dzień imprezy u chłopaków. Czułam się w miarę dobrze, więc bez przeszkód zgodziłam się na niego pójść. Nie mogłam całymi dniami siedzieć w domu. Zayn i reszta wrócili z dwutygodniowej trasy, a ja już nie mogłam się doczekać, żeby w końcu go zobaczyć. Zaparzyłam sobie kubek gorącej kawy i usiadłam na kanapie w salonie. Po chwili dołączyła do mnie Lily. Na imprezę miałyśmy dotrzeć obydwie. Moje kontakty z kuzynką nigdy nie były lepsze. Przytuliła się do mnie, a ja nawet nie zaprotestowałam. Wiedziałam, że następnego dnia miała iść na pierwszą randkę z Liamem. Z całego serca życzyłam jej szczęścia, bo wiedziałam, że był dla niej bardzo ważny. Moi rodzice wyjechali w interesach, więc byłyśmy same w domu. Włączyłam telewizor na byle jakim kanale i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam na ekranie właśnie swoich rodziców, którzy udzielali wywiadu w programie "Say it!". Właśnie się z czegoś śmiali. Moja ciekawość zwyciężyła, bo nic nie mówili o jakimkolwiek występie w telewizji. Nie lubili tego typu rzeczy. Zwiększyłam głośność i zaczęłam oglądać.
-Dobrze, zostawmy na chwilę sprawy zawodowe - powiedziała prowadząca z uśmiechem - a skupmy się na tych mniej oficjalnych. Jak wam się układa?
-Wszystko jest w jak najlepszym porządku - powiedziała mama - ostatnio nasze życie bardzo dobrze się układa, więc nie możemy narzekać.
-W takim razie gratuluję! Mam jeszcze jedno pytanie. Jaki jest wasz stosunek do związku waszej córki z piosenkarzem Zaynem Malikiem?
W tym momencie o mały włos nie zakrztusiłam się kawą. Takiego pytania kompletnie się nie spodziewałam. Co ich to do cholery obchodziło? I po co pytali o takie coś moich rodziców? To bez sensu!
-Ehm.. wie pani.. - zaczął tata niepewnie - to sprawa Elizabeth z kim się spotyka i kogo kocha..
-Zayn to dobry chłopak - powiedziała mama spokojnie - bardzo się stara i widać, że mu na niej zależy. Aż miło patrzeć na to, jak się o nią troszczy. Cieszymy się szczęściem naszej córki. Tutaj nie ma chyba nic do dodania.
Prowadząca tylko pokiwała głową i przeszła do dalszej części wywiadu. Wyłączyłam telewizor i wstałam z kanapy. Lily bacznie mi się przyglądała, ale nic nie powiedziała.
-To bez sensu - powiedziałam w końcu - po co ona o to spytała? To nie jej interes! Ani jej, ani tej pierdolonej telewizji!
-Liz, spokojnie. To media, oni się to wszystkiego przyczepią. Nie masz się o co martwić.
-To mnie po prostu denerwuje - westchnęłam.
-Wiem, ale daj sobie z tym spokój. Nie warto.
-Yh.. pewnie masz rację.
Siedziałyśmy w salonie jeszcze przez 2 godziny, po czym poszłyśmy na górę, żeby się przygotować. Do imprezy zostało już niewiele czasu. Wzięłam długi, odprężający prysznic i w samym ręczniku poszłam do garderoby, żeby przejrzeć jej zawartość. Długo nie mogłam się zdecydować, ale w końcu mi się to udało. Wróciłam do łazienki, gdzie ułożyłam włosy i zrobiłam makijaż. Na koniec ubrałam się TAK. Spryskałam się perfumami i byłam gotowa do wyjścia. Do małej torebki włożyłam telefon, błyszczyk i papierosy. Wyszłam ze swojego pokoju i zeszłam na dół. Lily już na mnie czekała. Ubrana była w TEN zestaw i wyglądała naprawdę prześlicznie. Byłyśmy gotowe do wyjścia, akurat w chwili, gdy pod moim domem zaparkowała taksówka. Zamknęłam drzwi na klucz i obie wsiadłyśmy do samochodu. Pod domem chłopaków byłyśmy po 40 minutach, bo na drodze były straszne korki. Już od bramy wjazdowej było słychać głośną, klubową muzykę. Wzięłam Lil pod rękę i wspólnie weszłyśmy do środka. W domu była cała masa ludzi. Na początku nie mogłyśmy dostrzec nikogo znajomego, gdy nagle ktoś chwycił mnie w pasie i pociągnął do tyłu. Pisnęłam, nie wiedząc, co się dzieje i usłyszałam za sobą ten znajomy, słodki śmiech. Odwróciłam się i udałam nadąsaną.
-No bardzo zabawne - fuknęłam.
-Daj spokój, kochanie - odpowiedział ze śmiechem i przyciągnął mnie do siebie - tęskniłem za tobą.
-Ja za tobą bardziej - odpowiedziałam, zanim złączył nasze usta.
Zarzuciłam mu ręce na szyję i oddałam długi, namiętny pocałunek. Naprawdę bardzo za nim tęskniłam. Impreza zaczęła się na dobre. Wszyscy tańczyli i świetnie się bawili. W tłumie dostrzegłam Lily tańczącą między Liamem a Niallem. To był naprawdę uroczy widok. Atmosfera była genialna, a każda nowo poznana osoba uśmiechała się przyjaźnie i wznosiła plastikowe kubki na toast. Udało mi się też poznać Sandy - dziewczynę Louisa. Była naprawdę miła i dało się z nią pogadać. Tańczyłam nawet z Harrym, co nieźle mnie zdziwiło, bo za sobą nie przepadaliśmy. W pewnym momencie unikając Zayna, poszłam na górę i wyszłam na balkon. Musiałam zapalić, a nie chciałam, żeby mnie nakrył. Upewniłam się, że nikogo za mną nie ma i odpaliłam jednego papierosa. Zaciągnęłam się dymem i od razu poczułam się lepiej. I właśnie w tym momencie drzwi balkonowe się otworzyły i stanął w nich nikt inny, jak Zayn. Wypuściłam dym z ust i wywróciłam oczami. Chłopak podszedł do mnie i wyjął mi z ręki peta, po czym rzucił go na posadzkę i przydeptał.
-Nie powinnaś palić - powiedział stanowczo - przecież to ci szkodzi!
-Daj spokój - mruknęłam - to nic takiego..
-Nic takiego? Ty chyba nie wiesz, co mówisz kochanie. Jeden papieros skraca ci życie o kilka godzin, wiesz o tym?
-Zayn, skończ..
-Nie! Martwię się o ciebie, rozumiesz? - chwycił mnie za ramiona i spojrzał prosto w oczy - Nie chcę, żeby coś ci się stało przez papierosy czy cokolwiek innego.  Kocham cię i nie pozwolę na to, byś jeszcze bardziej niszczyła sobie organizm. Obiecaj mi, że więcej nie weźmiesz tego świństwa do ust.
-To nie takie łatwe - powiedziałam zrezygnowana - palę od dawna, nie umiem tak po prostu przestać.
-Zrób to dla mnie, Lizzie. Proszę cię. Skończ z dawnym życiem.
-Już z nim skończyłam i dobrze o tym wiesz.
-Zrób ostatni krok i skończ z paleniem. To ci wyjdzie tylko na lepsze. Zaufaj mi. Proszę cię.
-Okey, ale pod jednym warunkiem - powiedziałam stanowczo i skrzyżowałam ramiona na piersi.
-Jakim? - zdziwił się.
-Ty też przestaniesz - powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy.
-Lizzie...
-No co? Ty też niszczysz siebie i  swój organizm. Może ja też się martwię, nie pomyślałeś o tym?
-Ale ja nie mam raka!
Widziałam, że od razu pożałował tych słów. W jednej chwili poczułam się okropnie. Straciłam ochotę na zabawę. W sumie to na wszystko straciłam ochotę.
-Przepraszam, nie chcia...
-I co? - przerwałam mu - Teraz będziesz mi wypominał, że jestem chora, tak? To bardzo dorosłe! Jakbym nie wiedziała, że mam raka!
-Nie pow..
-Daj mi spokój - znowu mu przerwałam - nie mam ochoty z tobą gadać.
Minęłam go bez słowa i wybiegłam na korytarz. Czułam łzy w oczach, ale obiecałam sobie, że się nie rozkleję. Nie tym razem. Byłam już przy schodach, gdy poczułam, jak ktoś łapie mnie za ramię i odwraca. Znów stanęłam twarzą w twarz z Zaynem.
-Puść mnie - warknęłam.
-Przepraszam - powiedział szczerze - cholernie cię przepraszam. Nie powinienem był tego powiedzieć. Zbyt późno ugryzłem się w język. Jestem skończonym idiotą i wiem o tym. Proszę, nie gniewaj się na mnie. Nie wytrzymam tego.
-I co, teraz każda nasza rozmowa będzie się tak kończyć? "Nie rób tego, bo masz raka"?
-Nie. Przysięgam ci, że nigdy więcej nie powiem czegoś takiego. Przepraszam cię.
-Okey - westchnęłam - zrozum, że to nie jest dla mnie łatwe. Wiem, że umieram i że wiele rzeczy mi szkodzi, ale.. ja taka po prostu jestem i tyle. Obiecuję, że postaram się ograniczać palenie i że będę próbować nie palić w ogóle, ale nie wiem, co z tego wyjdzie. 
-W porządku. Niech będzie. Jest okey?
-Tak.
Wyciągnął do mnie ramiona, a ja przytuliłam się do niego i zamknęłam oczy. Na dole puszczona została wolna melodia, więc zaczęliśmy się kołysać w jej rytmie. Czułam się jak najbardziej na swoim miejscu. Przy Zaynie czułam się wyjątkowo. W pewnym momencie zrobiło mi się słabo i o mały włos nie upadłam. Zayn mnie podtrzymał i od razu się zaniepokoił.
-Wszystko w porządku? - spytał z troską.
-Chyba nie.. - odpowiedziałam słabo - muszę.. się położyć.
-Oczywiście, księżniczko.
Zayn wziął mnie na ręce i zaniósł do swojego pokoju. Położył mnie w swoim łóżku, a sam zajął miejsce zaraz obok. Objął mnie w talii i położył głowę na moim ramieniu. Czułam się dziwnie. Powieki same opadały mi na oczy, a ręce zaczynały drętwieć.
-Zayn.. coś jest nie tak.. - powiedziałam z trudem.
-Co jest nie tak? - jego niepokój rósł z każdą minutą - Lizzie, co się dzieje?!
-Nie wiem.. nie czuję kończyn.. nie mogę się ruszyć..
Później wypowiedziałam kilka niezrozumiałych zdań. Ostatkiem sił usiadłam na łóżku i próbowałam wstać, ale nie byłam w stanie. Upadłam na podłogę. Słyszałam, że Zayn krzyczał coś do mnie, ale nie zwróciłam na to uwagi. Wszystko zaczęło wirować mi przed oczami, aż w końcu zobaczyłam ciemność, która mnie ogarnęła. Straciłam przytomność.

Zayn

Wiedziałem, że coś jest nie tak. Lizzie była coraz słabsza. Kiedy upadła, myślałem, że zaraz zwariuję, a czarne myśli zawładnęły moim umysłem. Próbowałem nią potrząsać, ale to było na nic. Zemdlała. Szybko wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem po pogotowie. Zbiegłem na dół, żeby poinformować o wszystkim Liama, który był najbardziej trzeźwy z nas wszystkich. Sanitariusze zjawili się po 10 minutach. Zaczęli ją reanimować, aż w końcu wsadzili jej do gardła jakąś rurkę. Nie była w stanie sama oddychać. Przenieśli ją na nosze i wyprowadzili z domu. Byłem tak zdenerwowany, że nie myślałem już o niczym. Wsadzili ją do karetki i odjechali na sygnale.
-Ona ma białaczkę - powiedziałem do lekarza, zanim zniknął w samochodzie.
Skinął tylko głową i tyle go widziałem. Muzyka ucichła, a chłopaki od razu znaleźli się przy mnie. Nie mogłem pozwolić, by była sama. Wbiegłem do domu, wziąłem skórzaną kurtkę i poszedłem do garażu.
-Nie możesz sam jechać - powiedziała Sandy, która jakimś cudem znalazła się koło mnie - w takich nerwach nie możesz prowadzić. 
-Muszę jechać do szpitala - powiedziałem zdenerwowany - i nikt mnie przed tym nie powstrzyma.
-Nie wypiłam dziś ani kropli, więc mogę cię zawieźć - zaoferowała się, a ja spojrzałem na nią zdziwiony.
-A co z Louisem?
-Jest pijany i nie myśli. To jak, będziemy tak stali, czy jedziemy do tego szpitala?
-Okey, jedziemy. Dzięki.
-Nie ma sprawy.
Rzuciłem jej kluczyki i zająłem miejsce pasażera. Wyjechaliśmy z podjazdu i kierowaliśmy się w stronę szpitala. Byłem przerażony. Bałem się o nią jak jeszcze nigdy. Przez całą drogę na niczym nie potrafiłem się skupić. Modliłem się, żeby wszystko było w porządku. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby stało się jej coś poważnego. W końcu dotarliśmy na miejsce. Wysiadłem z samochodu jak burza i pognałem do recepcji. Pielęgniarka niezbyt chętnie udzieliła mi potrzebnych informacji, ale jakoś się udało. Podszedłem pod wskazaną salę i usiadłem na krześle. Póki co nie wolno było tam wchodzić. Nerwy zżerały mnie od środka. Ku mojemu zdziwieniu po 10 minutach w korytarzu zobaczyłem Sandy, Lily i Liama. Usiedli obok i wspierali mnie przez następne 2 godziny. Myślałem, że zaraz zwariuję. To wszystko trwało zbyt długo. W końcu drzwi się otworzyły, a ja jak na rozkaz poderwałem się z krzesła. Zobaczyłem lekarza ze zmęczoną twarzą i kilka pielęgniarek. Od razu do niego podszedłem.
-Co z nią? - spytałem zdenerwowany - Proszę, niech pan powie, że wszystko jest w porządku..
-Jest pan kimś z rodziny?
-Nie.. jestem jej chłopakiem. Proszę mi powiedzieć. Ja muszę to wiedzieć! Jej rodzice są za granicą, nie wiadomo kiedy się pojawią..
-W takim razie muszę cię prosić, byś poinformował jej rodziców - powiedział poważnie.
-Ale.. co się dzieje? Co z nią? Ja muszę to wiedzieć! - zacząłem histeryzować.
-Mój drogi, ja naprawdę nie mogę udzielać informacji osobom, spoza jej rodziny.
-Proszę.. bardzo pana proszę. Ja ją kocham i jest dla mnie najważniejsza. Muszę wiedzieć. Proszę..
-Nie odpuścisz, prawda? - westchnął.
-Nie. Za bardzo się o nią martwię. Proszę mi powiedzieć, doktorze.
-W porządku. Ale tylko dlatego, że jej rodzina jest nieobecna. Elizabeth jest w złym stanie. Ma bardzo słabe ciśnienie krwi. W ostatnim czasie zaniedbała zażywanie leków i oto mamy tego efekty. Rak to nie przelewki, a ona to zbagatelizowała. Nie wiem, czy uda nam się coś zrobić. Doszło do zatrzymania akcji serca, ale na szczęście ją uratowaliśmy. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by przywrócić jej dobry stan, ale nic nie mogę obiecać. Póki co widzę tylko jedno rozwiązanie.
-Jakie? - spytałem cicho, całkowicie przerażony jego słowami.
-Przeszczep szpiku. Przykro mi, ale nic więcej nie mogę ci powiedzieć. I uprzedzę twoje kolejne pytanie: nie możesz do niej wejść. Jest w śpiączce farmakologicznej. Zawiadom jej rodziców.
Po tych słowach skinął głową i odszedł, a ja czułem, jak cała energia opuszcza moje ciało. Upadłem na kolana i schowałem twarz w dłoniach, powstrzymując łzy cisnące mi się do oczu. Cała reszta jak na zawołanie znalazła się przy mnie. Nie byłem w stanie powiedzieć im ani jednego słowa. To wciąż nie mogło do mnie dotrzeć. Jak mogło do tego dojść? Przecież jeszcze godzinę temu czuła się idealnie! Tańczyła, śmiała się.. jak mogłem nie zauważyć, że jej stan się pogarszał? Jak mogłem tak wszystko zaniedbać? Zachowałem się jak idiota. Powoli podniosłem się z ziemi i z całej siły uderzyłem pięścią o ścianę.
-Zayn! - krzyknął Liam - Co do cholery się dzieje?
-Potrzebny jest przeszczep - powiedziałem z bólem - rozumiesz? Przeszczep szpiku!
Wszyscy jak na zawołanie zamilkli. Lily przystawiła dłonie do twarzy i wybuchnęła płaczem. Liam od razu ją przytulił, a ja zacisnąłem wargi i wyciągnąłem telefon. Na szczęście miałem numer do jej mamy. Zadzwoniłem i opowiedziałem jej o wszystkim. Tak jak ja była przerażona i obiecała, że zaraz wsiada w samolot. Coś musiało dać się zrobić. I wtedy wpadłem na pewien pomysł. Mogłem być dawcą! To znaczy, chyba. Musiałem poddać się badaniom i tak dalej, ale byłem na to gotowy. Musiałem coś dla niej zrobić. Chociaż ten jeden raz. Poszedłem do pokoju lekarskiego i poprosiłem doktora, z którym niedawno rozmawiałem. Powitał mnie westchnięciem, a ja od razu przeszedłem do rzeczy.
-Chcę być dawcą - powiedziałem bez niczego.
-Chłopcze, czy ty naprawdę myślisz, że to jest takie łatwe? Twój szpik musiałby być zgodny, musielibyśmy robić badania..
-To je zróbcie - przerwałem mu - z tego co wiem, liczy się czas, prawda? Zróbcie cokolwiek. Ja muszę jej pomóc. Jestem gotowy na wszystko.
-Musisz ją naprawdę kochać.
-Już mówiłem, że jest dla mnie najważniejsza. Zrobię co tylko będzie trzeba.
-W porządku - powiedział po chwili zastanowienia - możemy cię przebadać. Ale nie wiadomo, czy szpik będzie zgodny i nadający się do przeszczepu. Poczekaj na korytarzu.
Skinąłem głową, a lekarz zniknął za drzwiami. Nie sądziłem, że będę gotowy na coś takiego dla jakiejkolwiek dziewczyny. Ale Lizzie była wyjątkowa. Kochałem ją jak żadną inną dziewczynę. Byłem gotowy zrobić wszystko, by jeszcze kiedyś z nią porozmawiać, przytulić ją i pocałować. Nie wyobrażałem sobie swojego życia bez niej. Musiała być jakaś. A ja byłem gotowy na wszystko. Absolutnie wszystko.

_______________________________
Rozdział 14 pisany przy piosence "Nothing like us" <3
Tak, komplikacje się zaczynają. Łatwo nie będzie ^^
Dziękuję Wam za te 33 komentarze, to dla mnie wiele znaczy :*
CZYTASZ = KOMENTUJESZ! ♥
+zasada komentarzy wciąż obowiązuje :)
Wiecie, że to dla mnie bardzo ważne! 
Następny rozdział wkrótce! Xx
 

wtorek, 2 lipca 2013

~Trzynasty~

Lizzie

Miałam za sobą nieprzespaną noc. Przekręcałam się z boku na bok, ale za nic nie mogłam zasnąć. Przed oczami ciągle miałam przerażoną twarz Zayna. Tęskniłam za nim, ale doskonale wiedziałam, że musiałam pozwolić mu odejść. Nie chciałam, żeby musiał wiecznie się ze mną użerać. Ponownie ze wszystkim zostałam sama. Niechętnie wstałam z łóżka i zeszłam na dół, żeby zażyć tabletki. Przełknęłam tylko jogurt, bo nic więcej nie chciało przejść mi przez gardło. Połknęłam kilka kolorowych kapsułek i usiadłam przy stole. Dosłownie na nic nie miałam ochoty. Wszystko znów się zawaliło. Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Nie chciałam otwierać, bo byłam w piżamie, ale osoba po drugiej stronie nie zamierzała odpuścić. Szybko związałam włosy z niedbałego koka i poszłam otworzyć. W progu stał Zayn. Spojrzałam na niego zaskoczona i cofnęłam się o krok. Nie spodziewałam się go. Chciałam coś powiedzieć, ale nie zdążyłam. Złapał moją twarz w dłonie i zmusił mnie, bym popatrzyła mu w oczy. Położyłam swoje ręce na jego, nie wiedząc, czego się spodziewać.
-Jeżeli naprawdę myślisz, że jestem w stanie cię zostawić, to oświadczam ci, że grubo się mylisz - powiedział stanowczo.
-Ale przecież..
-Kocham cię - przerwał mi - bardzo mocno cię kocham, Lizzie. Nie zrezygnuję z ciebie za nic, rozumiesz? Jesteś moim promykiem słońca i będę z tobą do samego końca. Nie przeszkadza mi to, że jesteś chora. Jesteś kimś bardzo wyjątkowym. Nie po to o ciebie walczyłem, żeby teraz po prostu cię stracić. Nawet nie ma takiej opcji.
-Jesteś tego pewien? - spytałam z nadzieją - Masz świadomość tego, na co się narażasz?
-Nie obchodzi mnie to. Chcę tylko ciebie.
Po jego słowach w moich oczach pojawiły się łzy. Łzy szczęścia. Przysunęłam się do niego i go pocałowałam. Zayn bez zawahania pogłębił pocałunek. Wspaniale było znów mieć go przy sobie. Bałam się, że stracę go na zawsze, a on nie zamierzał mnie opuścić. Znów poczułam się szczęśliwa. Wtuliłam się w swojego chłopaka i zamknęłam oczy. Chciałam zostać w jego uścisku już na zawsze. W tym momencie nie miałam żadnych trosk czy zmartwień. Chciałam móc stać tak przez całe życie. Jeszcze nigdy tak się nie czułam. Przy Max'ie nigdy nie nigdy nie czułam czegoś takiego. Myślałam, że to kocham, a tak naprawdę to było zwykłe i nietrwałe zauroczenie. Teraz wiedziałam, że popełniłam wielki błąd, zadając się z nimi i zmieniając w wiedźmę i sukę. Nie chciałam taka być już nigdy więcej. Wzięłam Zayna za rękę i zaprowadziłam go do swojego pokoju. Czułam się dziwnie słaba i zmęczona. To musiało być spowodowane stresem i złym samopoczuciem. Położyłam się w łóżku i pociągnęłam Zayna za sobą. Wtuliłam się w jego tors i zamknęłam oczy. Chłopak zaczął głaskać mnie po włosach, co bardzo mnie uspokajało. Wiedziałam, że będzie trudno, ale co mogłam zrobić? Za nic nie chciałam go stracić.
-Jakoś sobie poradzimy - powiedział cicho w pewnym momencie.
-Zdajesz sobie sprawę z tego, że to nie żarty? - odpowiedziałam pytaniem - Wiesz, że mój stan zdrowia ciągle się pogarsza i mogę..
-Ćsii.. - przerwał mi - to nieważne.
-To bardzo ważne, Zayn! Nie wiem, ile jeszcze czasu mi zostało. Mogę odejść w każdej chwili. Nie chcę cię tym wszystkim obarczać, ale..
-Liz, spokojnie - znów mi przerwał - teraz najważniejsze jest to, że mamy siebie. Nie zostawię cię. Będę z tobą aż do samego końca, obiecuję ci to. Niczym nie musisz się martwić. Przejdziemy przez to razem.
-Ale dobrze wiesz, że nie zawsze będziesz przy mnie - powiedziałam poważnie - jesteś artystą! Musisz jeździć na wywiady, koncerty.. przed tobą trasa koncertowa, o ile się nie mylę. Wyjedziesz na nie wiadomo ile, a ja zostanę tutaj! Zdajesz sobie z tego sprawę?
-Koncerty to nie problem. Dopóki twój stan zdrowia nie jest krytyczny, będę jeździł i śpiewał. A gdy dowiem się, że cokolwiek się stało, w mig znajdę się przy tobie. A wtedy cała moja kariera przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie. Jesteś dla mnie najważniejsza, Liz. Nie zrezygnuję z ciebie tak łatwo, masz to jak w banku. Zawsze będę przy tobie. Nie ważne czy ciałem, czy duchem.
-Jak ja ci się za to wszystko odwdzięczę?
-Nijak. Wystarczy, że po prostu jesteś.
-Yh.. nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham.
-Ja ciebie też, kochanie - powiedział i ucałował mnie w czubek głowy - i pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć.
-Mhm..
Z powrotem zamknęłam oczy i jeszcze mocniej się w niego wtuliłam. Zapach jego perfum muskał moje nozdrza. Powoli zaczynałam odpływać.


Delikatne słońce. Lekki powiew wiatru. Śpiew ptaków. Szum morza..
Stoję na drewnianym moście i zaciskam dłonie na barierce. Wiatr rozwiewa moje włosy, a chłodny wiatr muska moją skórę. Jestem ubrana w długą, zwiewną, kremową suknię. Patrzę tęsknym wzrokiem na fale rozbijające się o brzeg i dzieci bawiące się na plaży. Nikt nie może mnie zobaczyć. Nawet gdyby wytężyli wzrok to i tak nie byliby w stanie mnie dostrzec. Jestem zjawą. Nie żyję. Widzę wielu ludzi i przyglądam im się. Patrzę na to, jak bardzo zmienił się świat. I nagle dostrzegam JEGO. Siedzi na jednej ze skał i patrzy przed siebie. Nie obchodzi go otaczający go świat. Wspomina. Stara się zapomnieć. Ludzie przechodzący obok niego oferują mu pomoc i towarzystwo, lecz on tylko kręci głową. Chce być sam. Moje dłonie mocniej zaciskają się na drewnianej barierce. Nie mogę znieść tego widoku. Chciałam, by był szczęśliwy. Chciałam, by cieszył się życiem i każdą nową chwilą. Nigdy nie chciałam widzieć go w takim stanie. Zamknęłam oczy i znalazłam się przy nim. Stanęłam zaraz przed jego twarzą. Nikt nie może mnie dostrzec. Nikt, z wyjątkiem jego samego. Jego źrenice momentalnie się rozszerzyły. Wstał i popatrzył na mnie tęsknym wzrokiem. Ludzie zapewne wzięli go za idiotę, ale on o to nie dbał. Nie wierzył w to, że mnie widzi. 
-L..Lizzie? - wydukał, na co ja tylko skinęłam głową - ale.. jak? 
-Nie powinieneś się smucić, Zayn - mówię spokojnym szeptem - przecież minęły już 2 lata..
-To i tak za mało. Nie potrafię zapomnieć. Wciąż cię kocham..
-Ja już nie wrócę. Odeszłam. Jestem w zupełnie innym świecie. 
-Nie! Dla mnie nadal jesteś żywa. Żyjesz w moim sercu, w moim całym ciele. Musi istnieć sposób..
-Nie.. - przerywam mu delikatnie - nie ma żadnego sposobu na to, bym wróciła. Życie idzie naprzód. Nie możesz wiecznie się zadręczać moją śmiercią, Zayn. Nie zamykaj się w sobie. Otwórz się na świat! 
-Ale.. ja nie potrafię..
-Potrafisz. Ja w ciebie wierzę. Mimo tego, że nie ma mnie na ziemi, to wciąż jestem z tobą. Chcę, byś był szczęśliwy. Chcę, byś związał się z kimś wyjątkowym i żył pełnią życia! Proszę cię.
-Chcę tylko ciebie. Nikt inny nie ma dla mnie znaczenia. 
Chcę go dotknąć. Chcę go przytulić, pocałować.. ale nie mogę. Wyciągamy dłonie w swoim kierunku, ale to na nic. Dzieli nas granica dwóch światów. Pragnę go. Chcę być tylko z nim. Chcę czuć go przy sobie i wiem, że on też tego chce. Jego palce przechodzą przez moją dłoń.
-Nie potrafię bez ciebie żyć - mówi ze łzami w oczach.
-Żegnaj, Zayn. Bądź szczęśliwy. Pamiętaj o moich słowach.
-Nie! Liz, nie!
Ale ja już znikam. Nie ma mnie przy nim. Już nie może mnie dostrzec. Widzę, że siada na skale i zaczyna płakać, a ja nie mogę nic na to poradzić. Ktoś mu mnie odebrał i już nigdy nie powrócę. Życie jest bardzo kruche..

I w tym momencie się obudziłam. Gwałtownie usiadłam na łóżku i zaczęłam głęboko oddychać. Rozglądnęłam się po całym swoim pokoju żeby upewnić się, że na pewno wróciłam do realnego świata. Jeszcze nigdy w życiu nie miałam takiego snu. Myślałam, że zaraz oszaleję. To było tak rzeczywiste, że przestraszyłam się, że może być prawdą. Zayn usiadł i zaczął przyglądać mi się z zaciekawieniem. Dotknęłam jego ręki i z ulgą poczułam jego skórę. Przytuliłam się do niego mocno i zaczęłam płakać. Chłopak zaczął głaskać mnie po plecach, nie wiedząc, o co chodzi. 
-Wszystko w porządku? - spytał z niepokojem.
-Teraz już tak - odpowiedziałam słabo - po prostu miałam dziwny sen.
-Opowiesz mi o nim?
Powiedziałam mu wszystko od początku do końca, na co on jeszcze mocniej mnie przytulił. Przez dłuższą chwilę nie odezwał się ani słowem. Później po prostu przytulił mnie jeszcze mocniej.
-Musisz mi to obiecać - powiedziałam nagle.
-Co? - zdziwił się.
-Że po mojej śmierci..
-Lizzie! - przerwał mi, ale nie dałam się tak łatwo.
-..znajdziesz sobie kogoś wyjątkowego. Kogoś z kim będziesz mógł być szczęśliwy aż do własnego pogrzebu. Obiecaj mi, że nie zostaniesz sam.
-Czy ty zwariowałaś?
-Obiecaj mi to! Proszę cię..
-Ale..
-Nie zaprzeczaj! Po prostu mi to obiecaj, Zayn. Nie chcę, żebyś był sam. Chcę, żebyś był szczęśliwy i cieszył się życiem. Chcę, byś zestarzał się z kobietą, która będzie na to zasługiwać i którą pokochasz. Obiecaj mi.. proszę cię..
-Nie mów o takich rzeczach, rozumiesz? Przestań.
-Obiecaj mi to - nalegałam - tylko tą jedną rzecz, nic więcej. Błagam cię..
-Yh.. w porządku. Obiecuję.
-Dziękuję.
Otarłam oczy z łez i wstałam z łóżka. Musiałam się opanować. Do tej pory nie wiedziałam, co to niby miało być. Poszłam do łazienki, gdzie wzięłam szybki prysznic i okryłam się szlafrokiem. Żeby dojść do garderoby musiałam przejść przez swój pokój. Przygryzłam dolną wargę i lekko uchyliłam drzwi. Zayn stał przy mojej półce ze zdjęciami. Wiedziałam doskonale, którą ramkę trzymał w dłoniach. I spytałam sama siebie: dlaczego jeszcze jej nie wyrzuciłam? Podeszłam do niego i skrzyżowałam ręce na piersi. Zdjęcie przedstawiało mnie, Jessie, Maxa i Ericka na jednej z imprez. Śmialiśmy się do obiektywu, a Max obejmował mnie w pasie. Od razu zrobiło mi się niedobrze.
-To zdjęcie już dawno powinno być w koszu - mruknęłam - nie chcę nawet na nie patrzeć.
-Tworzyliście zgraną paczkę? - spytał Zayn, odwracając wzrok w moim kierunku.
-Do pewnego czasu.. - odpowiedziałam niepewnie - najpierw było świetnie. Wieczne imprezy, zabawy i wspólne wypady. Wciągnęli mnie w picie i palenie, a czasami nawet dawali mi jakieś prochy, przez co lądowałam w szpitalu. Ale mnie to nie obchodziło. Miałam gdzieś swoje życie, bo oni mnie tego nauczyli. Teraz nie mam ochoty ich widzieć. Od początku wiedziałam, że Max jest psycholem, ale nie sądziłam, że aż do tego stopnia, żeby.. a zresztą, nie chce mi się o nich gadać. Dla mnie to temat zamknięty.
Wzięłam ramkę z jego rąk i wyrzuciłam ją do kosza. Poczułam, jak Zayn oplata swoje ręce wokół mojej talii. Uśmiechnęłam się pod nosem i odwróciłam się do niego. Pocałował mnie, a ja mu się oddałam. Przy nim czułam się cudownie. Nie musiałam się niczym przejmować, bo miałam go obok siebie. Oderwałam się od niego i poszłam do garderoby. Za oknem było słonecznie, więc wybrałam TEN zestaw i przebrałam się w niego. Wróciłam do pokoju, a Zayn stał przy drzwiach i wyciągał do mnie rękę. Chwyciłam ją i wspólnie opuściliśmy mój dom. Postanowiliśmy iść na długi spacer po Londynie. Co jakiś czas dopadały nas fanki, ale jakoś dawaliśmy radę. Nawet ja zrobiłam sobie z nimi sporo zdjęć. Niektóre były miłe, niektóre zbyt nachalne, ale dało się przeżyć. Ważne, że miałam przy sobie Zayna. Niczego więcej nie było mi trzeba. Spędziłam z nim cały dzień w bardzo miłej atmosferze. Pod wieczór poszliśmy do domu chłopaków i obejrzeliśmy jakieś filmy. Byłam szczęśliwa. W końcu mogłam to powiedzieć z całą pewnością. Tak, jestem szczęśliwa. To było zdecydowanie najlepsze uczucie na świecie. Niestety później nie było już tak kolorowo...

_____________________________
Hej! Przybywam do was z rozdziałem 13 :D 
Troszeczkę inny, ale taki właśnie miał być :) hyhyhy ^^
Cieszę się, że tu jesteście <3 WAKACJE MOJE DROGIEE!! 
CZYTASZ = KOMENTUJESZ <3
30 komentarzy - nowy rozdział :)
Jeżeli tu jesteś - po prostu zostaw po sobie ślad. Nie proszę o nic więcej, a to dla mnie naprawdę ważne. Mogę na Was liczyć? Z góry dziękuję! 
Kochaaam Waaas ♥